Bardzo.
Dobranoc.
Ł.
Bo właściwie dlaczego mielibyśmy?
Wszystko jest przecież normalnie. Zwyczajne dni, zwyczajne rozmowy, praca, obowiązki, tysiąc spraw do zrobienia. Rzeczywistość skutecznie usypia czujność i daje poczucie, że wszystko jest dokładnie na swoim miejscu.
Aż nagle okazuje się, że ktoś patrzy trochę uważniej.
Zauważy jedną wiadomość za dużo.
Jeden uśmiech nad telefonem trochę zbyt szczery.
To, że na dźwięk konkretnego powiadomienia jakoś automatycznie robi się weselej.
Albo że o kimś mówi się trochę częściej, niż wynikałoby to z czystego przypadku.
I zaczyna się katastrofa.
Bo przecież „coś musi być na rzeczy”.
A może właśnie nie musi?
Może czasami po prostu spotykamy człowieka, z którym niespodziewanie dobrze się dogadujemy.
Kogoś, kto rozumie nasze żarty, zanim zdążymy je wytłumaczyć. Kogoś, komu można wysłać kompletną głupotę i mieć pewność, że po drugiej stronie pojawi się uśmiech. Kogoś, z kim można pięć minut później rozmawiać zupełnie serio o rzeczach naprawdę ważnych.
Kogoś, przy kim nie trzeba się specjalnie pilnować.
I właśnie to bywa podejrzane.
Bo chyba nauczyliśmy się, że każdą bliskość trzeba nazwać. Każdej relacji przypisać kategorię. A jeśli jest to kobieta i mężczyzna, to najlepiej od razu znaleźć drugie, trzecie i czwarte dno.
Tylko po co?
Czy naprawdę czymś złym jest dobrze się z kimś dogadywać?
Cieszyć się na wiadomość?
Uśmiechnąć się do telefonu?
Wiedzieć, że ktoś rozumie Cię trochę bardziej niż większość?
Chcieć dla kogoś dobrze, pomagać mu i zwyczajnie lubić jego obecność?
Może zamiast zastanawiać się, „co to właściwie znaczy?”, czasami wystarczy przyjąć, że wydarzyło się coś dobrego.
Dwoje ludzi spotkało się gdzieś po drodze.
Złapali wspólny język.
Zaczęli sobie ufać.
Jest szczerość. Jest wsparcie. Jest śmiech. Jest zwyczajnie dobrze.
Oczywiście warto pamiętać o granicach. O innych ludziach. O odpowiedzialności za to, co budujemy. Szczerość wobec siebie jest tutaj chyba ważniejsza niż wszystkie definicje świata.
Ale na koniec dnia zostaje mi jedno pytanie:
czy naprawdę wydarzyło się coś złego?
Czy może po prostu w tym ogromnym, trochę chaotycznym świecie znaleźliśmy człowieka, z którym wyjątkowo dobrze się rozumiemy?
Jeśli właśnie to jest ta cała „katastrofa”…
to chyba są gorsze rzeczy, które mogą przydarzyć się w naszym małym kosmosie.
Ł.
PS. Odezwij się. Bo ja nie chcę dolewać... A martwię się okrutnie!
Chyba trochę przyzwyczailiśmy się do tego, że jeśli między kobietą i mężczyzną pojawia się mocna więź, szczerość, troska i zaangażowanie, to koniecznie trzeba ją jakoś nazwać. A najlepiej od razu dopisać do niej historię miłosną. Tak nam mówi świat, otoczenie, Ci co zazdroszczą...
A przecież nie trzeba.
Można zbudować relację bardzo bliską. Mocną. Ważną. Taką, w której naprawdę zależy Ci na drugim człowieku.
I jednocześnie nie być w sobie zakochanym.
Można chcieć dla kogoś dobrze, nie chcąc go mieć.
Można tęsknić za rozmową, a nie za związkiem.
Można cieszyć się czyjąś obecnością bez potrzeby zawłaszczania jej dla siebie.
Można napisać rano „jak się masz?”, pomóc, kiedy jest trudno, cieszyć się sukcesami, wspierać w porażkach, śmiać się z kompletnych głupot i rozmawiać o rzeczach naprawdę ważnych.
Bez drugiego dna.
Bez gry.
Bez zastanawiania się: „co ja z tego będę miał?”
I chyba właśnie brak oczekiwań jest w takiej relacji czymś niezwykle pięknym.
Nie musisz niczego udowadniać.
Nie musisz spełniać czyjegoś wyobrażenia o sobie.
Nie musisz być dostępny zawsze.
Nie musisz się tłumaczyć.
Jesteś, bo chcesz.
Druga osoba też jest, bo chce.
A jeśli któregoś dnia potrzebuje pomocy, podajesz rękę. Nie dlatego, że coś Ci się za to należy. Po prostu dlatego, że jest dla Ciebie ważna.
Jest w tym ogromna wolność.
Ale jest też odpowiedzialność. Bo jeśli dostajesz od kogoś szczerość, zaufanie i kawałek jego świata, warto tego nie zepsuć własnym egoizmem, oczekiwaniami czy próbą zamienienia tej relacji w coś, czym nigdy nie miała być.
Myślę, że takie spotkania ludzi zdarzają się rzadko.
Ktoś pojawia się zupełnie przypadkiem. Czasem w momencie, w którym kompletnie się tego nie spodziewasz. Zaczynacie rozmawiać. Potem rozmawiacie trochę więcej. I nagle orientujesz się, że w Twoim małym kosmosie pojawił się człowiek, przy którym po prostu możesz być sobą.
Bez maski.
Bez oczekiwań.
Bez deklaracji.
Bez konieczności nazywania wszystkiego.
Jest szczerość.
Jest zaufanie.
Jest troska.
Jest chęć pomocy.
Jest świadomość, że gdzieś tam jest ktoś, do kogo możesz napisać i powiedzieć: „dzisiaj jest trochę nijako”.
Albo: „patrz, udało się!”.
I wiesz, że po drugiej stronie ktoś naprawdę będzie chciał to usłyszeć.
Nie każda ważna relacja musi być historią miłosną.
Niektóre mogą być po prostu historią dwojga ludzi, którzy dobrze się spotkali.
I czasami nie trzeba od tego niczego więcej.
Bo jest dobrze.
Naprawdę dobrze.
A może nawet…
bardzo dobrze.
Ł.
I nawet trudno powiedzieć dlaczego.
Nic szczególnie złego się nie wydarzyło. Nikt nie zawalił świata. Nie ma wielkiego problemu, który trzeba rozwiązać. Teoretycznie wszystko jest w porządku.
A jednak jakoś nie jest.
Brakuje energii. Rzeczy, które zazwyczaj cieszą, cieszą trochę mniej. To, co normalnie przychodzi łatwo, wymaga większego wysiłku. Nawet kawa jakby działała słabiej.
Po prostu nijaki dzień.
I chyba trzeba nauczyć się akceptować, że takie też są częścią życia.
Można oczywiście próbować na siłę zmienić jego kierunek. Wstać, ruszyć się, zrobić coś dobrego dla siebie. Wyjść na spacer. Pojechać gdzieś. Włączyć muzykę. Zająć głowę czymś, co zazwyczaj pomaga.
Tylko czasami potrzeba do tego zaskakująco dużo własnej energii.
Więcej, niż akurat mamy.
I wtedy dobrze jest móc oprzeć się na kimś.
Nie po to, żeby ten ktoś rozwiązał nasze problemy.
Bo przecież czasami żadnego konkretnego problemu nawet nie ma.
Nie potrzebujemy rad. Analizy. Motywacyjnej przemowy ani odpowiedzi na pytanie „co się stało?”.
Czasami potrzebujemy po prostu czyjejś obecności.
Krótkiej wiadomości.
Rozmowy o niczym.
Kawy wypitej razem.
Spaceru.
Albo zwyczajnego: „chodź, jestem”.
I nagle okazuje się, że ten nijaki dzień zaczyna mieć jakiś kolor.
Może właśnie po to budujemy relacje.
Nie tylko po to, żeby razem przeżywać wielkie rzeczy, świętować sukcesy i dzielić się tym, co piękne.
Może przede wszystkim po to, żeby od czasu do czasu móc oprzeć się o drugiego człowieka, kiedy nam samym na chwilę zabraknie siły.
A innym razem zamienić się rolami.
Być tym, który poda rękę. Wyciągnie z najgłębszej kryjówki. Zrobi kawę. Napisze pierwszy. Albo po prostu będzie obok.
Bo nie każdy dzień musi być piękny.
Nie każdy musi być produktywny.
Nie każdy musi nawet mieć sens.
I chyba właśnie dlatego tak ważni są ludzie, których wpuszczamy do swojego małego kosmosu.
Nie muszą naprawiać naszego świata.
Czasami wystarczy, że pomogą nam przetrwać jeden zupełnie nijaki dzień.
A jutro?
Jutro przecież wstanie nowy dzień.
I kto wie…
może znowu będzie pięknie.
Może...
Ł.
Jedno niepotrzebne słowo pociąga za sobą kolejne. Jedna emocja dokłada następną. Nagle już nawet nie pamiętamy, od czego się zaczęło, ale każde kolejne zdanie musi być odpowiedzią na poprzednie. Trzeba coś wyjaśnić. Udowodnić. Obronić się. Mieć ostatnie słowo.
I robi się burza.
A przecież podczas burzy nie zawsze trzeba stać na środku pola i krzyczeć do piorunów.
Czasami można po prostu znaleźć swój azyl.
Wyjść.
Przejść kilka kilometrów. Wsiąść na rower. Usiąść gdzieś w ciszy. Popatrzeć na drzewa, wodę albo niebo. Porozmawiać z kimś, kto nas nie ocenia. Z kimś, kto po prostu przyjmie rzeczywistość taką, jaka jest. Albo pomilczeć przy kimś bezpiecznym.
Przewietrzyć głowę.
Odetchnąć.
Dać emocjom opaść.
I przede wszystkim zadbać trochę o siebie.
Nie po to, żeby uciekać od problemów. One przecież nie znikną tylko dlatego, że przestaniemy o nich myśleć.
Ale nie każdy problem trzeba rozwiązywać dokładnie w tej sekundzie, w której emocje są największe.
Czasami najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić dla siebie i dla drugiego człowieka, jest na chwilę przestać mówić.
Dać sobie przestrzeń.
Bo po każdej burzy może przyjść spokój.
Może nie od razu. Może trzeba będzie wrócić do rozmowy. Powiedzieć „przepraszam”. Czasem przyznać „miałeś rację”. Innym razem spokojnie powiedzieć „nadal się z tobą nie zgadzam”.
Ale już bez piorunów.
Życie jest zdecydowanie za krótkie, żeby każdą różnicę zdań zamieniać w wojnę, a każde nieporozumienie nosić ze sobą przez kolejne dni.
Dlatego kiedy w moim małym kosmosie zaczyna grzmieć, coraz bardziej doceniam miejsca, w których można przeczekać burzę.
Trochę ciszy. Trochę przestrzeni. Kilka głębokich oddechów.
I świadomość, że dbanie o siebie czasami oznacza również pozwolenie sobie na chwilę odejść od tego, czego w tej chwili nie potrafimy naprawić.
Jutro można spróbować jeszcze raz.
Spokojniej.
Spokojniej.
Ł.
Naprawdę nic.
Żadnych samochodów. Żadnych powiadomień. Żadnego pośpiechu. Tylko namiot, gdzieś w totalnej dziczy, chłodny poranek i kubek gorącej kawy trzymany w dłoniach trochę mocniej niż zwykle.
Noc była zimna.
I głośna.
Bo okazuje się, że cisza nad rzeką, w totalnie dzikim miejscu wcale nie jest cicha.
Rzeka szumi. Coś w nie pluska. Coś chodzi. Coś szura. Coś trzaska. Gdzieś łamie się gałąź. Co chwilę pojawia się jakiś nowy dźwięk, którego leżąc w namiocie absolutnie nie potrafisz zidentyfikować. I wyobraźnia bardzo szybko podpowiada, że na pewno jest to coś zdecydowanie większego i groźniejszego, niż jest w rzeczywistości.
Ale potem wychodzisz przed namiot.
Patrzysz w górę.
I nagle wszystko przestaje mieć znaczenie.
Gwiazdy.
Nie kilka najjaśniejszych punktów, które czasem przebijają się przez światła miasta.
Tysiące.
To jest naprawdę niewiarygodne!
Droga Mleczna rozciągnięta nad głową. Spadające gwiazdy, przy których nawet nie zdążysz pomyśleć życzenia, bo za chwilę pojawia się następna.
I stoisz pośrodku tego wszystkiego i przypominasz sobie, jak niewiarygodnie małym elementem ogromnego kosmosu jesteś.
To dobrze robi na głowę.
Rano nie potrzeba wiele.
Kawa.
Coś prostego na śniadanie.
Nie musi być pięknie podane. Nie musi być idealnie. Smakuje fantastycznie właśnie dlatego, że zrobiłeś to sam. Tutaj. Na kawałku swojego małego świata, który na tę jedną noc stworzyłeś gdzieś pośrodku niczego.
I siedzisz.
Patrzysz.
Myślisz.
Albo właśnie pierwszy raz od dawna nie myślisz o niczym.
Może właśnie po to czasami trzeba uciec w totalną dzicz.
Nie od ludzi.
Nie od życia.
Tylko od całego hałasu, który nie pozwala nam tego życia usłyszeć.
Żeby trochę pobyć ze sobą. Pokontemplować. Złapać dystans. Podładować baterie. Przypomnieć sobie, że do szczęścia naprawdę nie potrzeba aż tak wiele.
Bo właśnie wstał nowy dzień.
Znowu dostaliśmy czystą kartkę.
Nową szansę.
Nową nadzieję.
Nie wiem, co wydarzy się dzisiaj. Nie wszystko musi się udać. Nie wszystko musi pójść zgodnie z planem.
Ale teraz jest gorąca kawa, chłodne powietrze, prosty poranek i świat, który właśnie budzi się do życia.
I jest dobrze. Póki co.
A jutro?
Jutro słońce znowu wstanie.
Znowu pojawi się nowa nadzieja.
I znowu będzie pięknie.
Ł.
...musi do czegoś prowadzić.
Coraz częściej łapię się na tym, że próbujemy mierzyć dni tym, co udało nam się zrobić.
Ile spraw załatwiliśmy. Ile punktów wykreśliliśmy z listy. Czy byliśmy wystarczająco produktywni. Czy wydarzyło się coś ważnego.
A przecież może być też inaczej.
Można przeżyć dzień, w którym niczego wielkiego nie osiągniemy.
Wypić kawę trochę wolniej. Pojechać gdzieś bez konkretnego celu. Posiedzieć w ciszy. Poleżeć w hamaku. Porozmawiać z kimś bez patrzenia na zegarek czy telefon. Zrobić coś tylko dlatego, że sprawia nam przyjemność.
Można nawet przez chwilę… nic nie robić.
I nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
Bo odpoczynek nie jest nagrodą za to, że byliśmy wystarczająco pracowici.
Jest częścią życia.
Tak samo potrzebną jak działanie, ambicja, plany i kolejne cele.
Chyba uczę się właśnie tego, że nie każdą chwilę trzeba wykorzystać. Niektóre wystarczy przeżyć.
Bez planu.
Bez wyniku.
Bez zastanawiania się, co z tego będę miał.
Po prostu być.
Popatrzeć na ludzi dookoła. Na niebo. Na świat, który przez chwilę całkiem dobrze radzi sobie bez naszego ciągłego ingerowania.
Bo może właśnie w takich pozornie „zmarnowanych” chwilach dzieją się rzeczy najważniejsze.
Głowa robi się trochę lżejsza.
Wraca ciekawość.
Pojawiają się myśli, na które wcześniej nie było miejsca.
Czasami coś się wydarzy.
A czasami nie wydarzy się kompletnie nic.
I to też jest w porządku.
Nasz mały kosmos nie musi przecież cały czas pędzić.
Czasami może po prostu przez chwilę spokojnie się kręcić.
A my razem z nim.
Tylko czy ja tak potrafię...
Ł.
Ciężki. Intensywny. Pracowity. Ale przede wszystkim efektywny. Taki, po którym w piątek człowiek patrzy na ostatnie kilka dni i widzi, że naprawdę sporo się wydarzyło. Dużo rozmów, decyzji, spraw do załatwienia, rzeczy zaplanowanych i tych zupełnie niespodziewanych.
I chyba właśnie te niespodziewane były w nim szczególnie ważne.
Przypadkowe spotkania. Te, których nie było w żadnym kalendarzu. Których nie dało się zaplanować ani przewidzieć. Czasami wręcz takie, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały się zupełnie niemożliwe.
A jednak się wydarzyły.
Lubię takie momenty. Przypominają mi, że choć możemy mieć kalendarz zapisany od góry do dołu, życie i tak czasem dopisuje do niego własne punkty. I często właśnie one okazują się najważniejsze. Kilka minut. Rozmowa. Uśmiech. Zwyczajne „dzień dobry”. Niby przypadek, a jednak zostaje w głowie znacznie dłużej niż wiele rzeczy, które planowaliśmy od tygodni. Nawet, jeśli ofiarą są ogórki i słoik...
Może właśnie dlatego nie wszystko w życiu trzeba planować. Trzeba zostawić trochę miejsca na przypadek. Na ludzi. Na niemożliwe.
I całe szczęście, że po każdym takim tygodniu przychodzi weekend.
Czas, kiedy można – a czasami wręcz trzeba – trochę zwolnić. Odsunąć od siebie bieżące sprawy. Zamknąć komputer. Przestać na chwilę odpowiadać na pytanie „co jeszcze?”. Podładować baterie, przewietrzyć głowę i złapać dystans.
Czy wszystko w tym tygodniu wyszło idealnie?
Oczywiście, że nie.
Pewnie gdzieś pojawił się błąd. Coś można było zrobić inaczej. Coś powiedzieć lepiej. Jakąś decyzję podjąć szybciej albo chwilę później.
Ale cóż...
Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.
Chociaż coraz częściej zastanawiam się, czy to powiedzenie w ogóle jest prawdziwe.
Bo może właśnie ten, kto nic nie robi, myli się najbardziej?
Może największym błędem jest pozostanie w miejscu. Pasywność. Czekanie na idealny moment, idealne warunki i stuprocentową pewność, że wszystko się uda.
Ja zdecydowanie wolę próbować.
Czasem się pomylić. Wyciągnąć wnioski. Poprawić. Spróbować jeszcze raz. Iść dalej.
Bo kiedy dużo się dzieje, czasami coś pójdzie nie tak. Ale dzieją się też rzeczy dobre. Powstają nowe pomysły. Rozwiązują się problemy. Pojawiają się efekty. I wieczorem można pomyśleć: kurczę, zrobiliśmy kawał dobrej roboty.
I jeszcze jedno.
Dziękuję Ci za ten tydzień. Za to, że byłaś. Także wtedy, kiedy wcale nie było pewne, że będziesz. Za rozmowy, pomysły, wspólną pracę i wszystkie te małe chwile pomiędzy.
Wiem, że czasami trudno się ze mną pracuje. Tempo bywa szalone, pomysł potrafi pojawić się pięć minut przed końcem dnia, a „mam jeszcze jedną małą rzecz” nie zawsze oznacza małą rzecz.
A jednak dałaś radę.
I wiesz co?
Najbardziej na świecie jestem dumny z Ciebie.
A teraz weekend.
Ładujemy baterie. Łapiemy oddech. Robimy trochę miejsca w głowie.
I zostawiamy też trochę miejsca na przypadek.
Bo nigdy nie wiadomo, co – albo kto – pojawi się zupełnie nieplanowanie w naszym małym kosmosie.
Ł.
Podobno...
Zdanie tak oczywiste, że właściwie przestaliśmy się nad nim zastanawiać. A ostatnio coraz częściej dochodzę do wniosku, że jest w nim znacznie więcej prawdy, niż chciałbym przyznać.
Bo czasami głowa jest po prostu pełna.
Pracy. Planów. Ludzi. Rozmów. Decyzji. Rzeczy, które trzeba zrobić dzisiaj, tych, które powinny być zrobione wczoraj, i tych, o których już teraz martwimy się, choć wydarzą się dopiero za tydzień.
I można próbować to wszystko poukładać.
Można analizować.
Można siedzieć i myśleć.
A czasami najlepszym rozwiązaniem jest… założyć buty i wyjść.
Pobiegać. Pójść na spacer. Wsiąść na rower. Popływać (jak się potrafi :p). Zrobić trening. Nieważne.
Ruszyć ciało, żeby na chwilę zatrzymać głowę.
Jest coś niesamowitego w tym momencie, kiedy po kilkunastu minutach wysiłku przestajesz myśleć o całym świecie. Zostaje oddech. Kolejny krok. Kolejny kilometr. Zmęczenie. Tu i teraz.
Problemy oczywiście nie znikają.
Ale jakimś dziwnym sposobem po powrocie często wydają się trochę mniejsze.
I chyba właśnie dlatego coraz mniej patrzę na aktywność fizyczną jak na walkę o mięśnie (które mam :D), wyniki czy kolejne rekordy. To wszystko może być fajnym dodatkiem.
Ale najważniejsze jest coś innego.
Chcę mieć siłę.
Siłę rano wstać i cieszyć się kolejnym dniem. Siłę pracować. Podróżować. Poznawać. Śmiać się. Być z ludźmi, którzy są dla mnie ważni. Realizować kolejne trochę szalone pomysły. Patrzeć na wschody słońca i nadal mieć ochotę sprawdzać, co jeszcze przygotował dla mnie świat.
Bo przecież ciało jest jedynym miejscem, w którym będziemy mieszkać przez całe życie.
Może więc warto trochę o nie zadbać.
Nie z obsesji.
Nie dla cyferek.
Nie po to, żeby komukolwiek coś udowodnić.
Dla siebie.
Bo zdrowe ciało daje energię do przeżywania życia. A spokojniejsza głowa pozwala naprawdę to życie zauważyć.
I może właśnie o to chodzi w tym całym „w zdrowym ciele zdrowy duch”.
Żeby mieć wystarczająco dużo siły w nogach, spokoju w głowie i ciekawości w sercu, żeby każdego ranka znowu ruszyć przed siebie.
Bo mój mały kosmos ma jeszcze zdecydowanie zbyt wiele miejsc do odkrycia, kaw do wypicia, chwil do spędzenia, rozmów do odbycia, momentów do przeżycia, projektów do zrealizowania i wschodów słońca do zobaczenia.
A ja chciałbym mieć siłę, żeby przy nich wszystkich być.
Ł.
Są rzeczy, których nie da się nadrobić później.
Wschód słońca jest jedną z nich.
Możesz obejrzeć tysiące zdjęć. Możesz zobaczyć setki filmów. Możesz nawet wrócić w to samo miejsce następnego dnia.
Ale ten jeden konkretny wschód już nigdy się nie powtórzy.
Dlatego czasem warto nastawić budzik zdecydowanie za wcześnie. Skorzystać z ostatniej szansy. Wyjść, kiedy świat jeszcze śpi. Kiedy powietrze jest chłodniejsze, a cisza brzmi inaczej niż w środku dnia.
Usiąść.
Nie po to, żeby zrobić idealne zdjęcie.
Nie po to, żeby wrzucić relację.
Po prostu...
...żeby popatrzeć w niebo.
Bo każdy wschód słońca niesie ze sobą coś więcej niż tylko początek kolejnego dnia.
Niesie Nadzieję.
Może wczoraj nie był najlepszym dniem. Może coś nie wyszło. Może ktoś zawiódł. Może nie było tak, jak miało być. A może po prostu był to jeden z tych dni, które chciałoby się jak najszybciej zostawić za sobą.
Ale słońce nie pyta, jakie było wczoraj.
Po prostu wschodzi.
Jakby mówiło: "Dzisiaj się budzi nowy początek!"
I chyba właśnie dlatego tak bardzo lubię poranki. Bo przypominają mi, że życie nie kończy się na jednym złym dniu. Że każdy nowy świt daje możliwość napisania kolejnego rozdziału. Lepszego. Spokojniejszego. Pełnego uśmiechu. Bardziej naszego.
Od pewnego czasu coraz bardziej wierzę, że szczęście rzadko przychodzi z hukiem. Najczęściej przychodzi po cichu.
Ma kolor pierwszych promieni słońca.
Pachnie porankiem.
A skoro kosmos każdego ranka daje nam nową nadzieję...
...to może warto ją przyjąć. Nawet wtedy, gdy wydaje się, że nic się nie zmieniło.
Bo czasem wszystko, czego potrzebujemy, to po prostu doczekać kolejnego wschodu słońca.
Ł.
Największym ryzykiem nie jest to, że ktoś Cię zrani. Największym ryzykiem jest życie tak, jakby każdy miał to zrobić.
Czytając dziś Odwagę bycia nielubianym, zatrzymałem się przy rozróżnieniu dwóch słów: zaufanie i pewność.
Na pierwszy rzut oka brzmią podobnie. A jednak są zupełnie różne.
Zaufanie mówi: "Będę Ci ufał, jeśli..."
Jeśli mnie nie zawiedziesz. Jeśli udowodnisz, że warto. Jeśli spełnisz moje oczekiwania.
Pewność brzmi inaczej.
"Wybieram wierzyć, że jesteś dobrym człowiekiem. Nie dlatego, że mam na to gwarancję. Dlatego, że taki wybór chcę podjąć."
I nagle zrozumiałem dwie bardzo ważne rzeczy.
Przez całe życie próbujemy zabezpieczyć się przed bólem. Analizujemy wiadomości. Doszukujemy się ukrytych znaczeń. Szukamy dowodów, że ktoś odejdzie, zawiedzie albo przestanie nas lubić.
Tylko że w ten sposób nigdy nie budujemy relacji.
Budujemy system alarmowy.
A człowiek, który przez cały czas stoi na warcie, nie potrafi jednocześnie przytulać.
Czy można zostać wykorzystanym?
Oczywiście.
Czy można się pomylić?
Tak.
Ale jeśli zamkniemy drzwi przed wszystkimi tylko dlatego, że kiedyś ktoś nas zranił, to największą karę wymierzymy nie temu, kto odszedł.
Tylko sobie.
A druga kwestia - i to już jest bardzo osobiste - to "ja Ci nie ufam". Ja mam pewność. To jak często Ci mówiłem o tym, że właśnie ufam, to myliłem pojęcia.
Coraz bardziej wierzę, że prawdziwa odwaga nie polega na tym, że niczego się nie boisz.
Polega na tym, że mimo lęku wybierasz ludzi.
Nie wszystkich.
Ale tych, przy których warto zaryzykować kawałek własnego serca.
Bo bez ryzyka nie ma bliskości.
Bez pewności - nie ma więzi.
A bez więzi nawet najbezpieczniejsze życie pozostaje tylko... bezpieczne.
A ja chyba wolę żyć w swoim małym kosmosie z przekonaniem, że większość ludzi chce dobra. Czasem się pomylę. Czasem zaboli. Ale kilka razy spotkam kogoś, kto udowodni, że było warto. I mam wrażenie, że właśnie dla tych kilku osób (dla Ciebie) warto nie zamykać drzwi przed całym światem.
Ł.
Od dawna żyję według jednej zasady.
Nikt nie powiedział, że musisz mnie lubić.
Nie dlatego, że chcę kogokolwiek prowokować. Nie dlatego, że lubię iść pod prąd. Po prostu zrozumiałem kiedyś, że nie da się uczciwie przeżyć swojego życia, jednocześnie próbując spełnić oczekiwania wszystkich.
I wiesz co?
Dzisiaj książka Odwaga bycia nielubianym tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to nie cynizm. To wolność.
Bo dopóki uzależniamy swoje decyzje od tego, czy ktoś nas pochwali, zaakceptuje albo polubi, tak naprawdę oddajemy ster własnego życia w cudze ręce. Zaczynamy wybierać nie to, co jest zgodne z nami, ale to, co spodoba się innym.
A przecież nie o to chodzi.
Nie chodzi o to, żeby być nielubianym. Chodzi o to, żeby się tego nie bać.
Paradoks jest taki, że kiedy przestajesz zabiegać o sympatię wszystkich, zaczynasz budować relacje, które są prawdziwe. Bo zostają przy Tobie ci, którzy lubią Ciebie. Nie Twoją maskę. Nie wersję dopasowaną do ich oczekiwań. Ciebie.
I dlatego uważam, że jeśli ktoś mnie lubi, szanuje albo chce być częścią mojego małego kosmosu, to jest to coś znacznie więcej niż miły gest.
To zaszczyt.
Nie dlatego, że jestem wyjątkowy. Ale dlatego, że ta sympatia nie została kupiona rezygnacją z własnych wartości. Jest wyborem dokonanym mimo moich wad, mojego charakteru i mojej autentyczności.
Nie każdy musi mnie lubić.
Ja też nie muszę podobać się wszystkim.
Ale jeśli nasze światy spotkają się gdzieś po drodze i uznamy, że warto iść kawałek razem, to znaczy, że wydarzyło się coś naprawdę cennego. W moim małym kosmosie.
Ł.
PS dziękuję:) tak po prostu...