wtorek, 16 czerwca 2026

Dlaczego?

Nie mam pretensji. To niczyja wina.


No może świata.


Wrednego, wścibskiego, zazdrosnego świata.

Nie kosmosu. Kosmos sprzyja. Przyjaźni, zaangażowaniu, granicom. Przecież.... Sam nie wiem.


Mam pretensje do siebie. Tyle.


Wiecznie jebany optymista.

Wiecznie...



Powiem jedno - nie godzę się na darmowe cierpienie. Po prostu nie.


Ł.


PS dla jasności - dźwignę to jeśli trzeba. Ale tak bardzo nie chce, że kosmos tego nie ogarnia... Ale wiem ile jest na szali... I wiem, jakie to trudne...

poniedziałek, 15 czerwca 2026

(niby)zwykły dzień...

Ktoś by pomyślał  - poniedziałek, co się może wydarzyć...

No ale - to jest moje życie. Tutaj się musi coś wydarzyć.

Niby nic. Z pozoru niewiele.

Zasadniczo - udany. Po prostu był. Niemalże od początku do końca zwykłym dniem. Niemalże.

Dlatego, jeśli miałbym zastanowić się nad radościami, to w zasadzie trudno dzisiaj pokazać mikro moment... Tak się przez cały dzień wydawało.

Jakaś tam Warszawa, jakieś tam szkolenie, jakieś tam prezentacje, jakieś tam osoby... Telefony, maile, projekty, przelewy, ustalenia  - dzień. Wszystko działało, więc całkiem przyjemnie.

Miało być Cię mniej, ale jakoś się udawało...


Do wieczora. Ktoś pomyśli, że to głupie. Ale był moment - tak między (tak to sobie wyobrażam) położeniem głowy na poduszce, a zamknięciem oczu do spania.... Kiedy pojawiła się u mnie dodatkowa radość.

Piękna! Jakoś tak super miło mi się zrobiło. I nie piszę tego, bo przeczytasz. Piszę to, bo... Bo chcę. Wiem (spodziewam się) ile to mogło kosztować energii. Tym bardziej doceniam!

Śmieszkujemy z wizualizacji... Idę spać, może... ;)


Ł.


(nie)zwykły dzień...

niedziela, 14 czerwca 2026

I nastało jutro...

Jak to zwykle bywa.

Niby nic wielkiego - kolejny dzień.

Zacząłem miło, potem poleciało. Ale mnie to nie dotyczyło. Znikłem na moment (4h:D) i się uspokoiło. Do zera.

Całkiem.

W zasadzie - może taki bufor jest potrzebny.


Guza nie ma! Załatwiliśmy go z J!

Wczr4aj kwalifikuję jako pozytywne, dzisiaj podobnie.

Pobiegłem 5km, czas - niezły, jak na człowieka, który w ogóle nie biega... Miejsce jest mniej ważne - ważniejsza jest świadomość, że jak chciałem, to mogłem. Chociaż obawy były, a po drodze nie było dopingu...

Nie musiało być. Kubek wody wystarczył. Kilka piątek zbitych, jakieś randomowe osoby zagadywały - jakby mnie znając... no ale - ja ludzi nie pamiętam:P


I leci. Minuta na minutę, godzina po godzinie - zaraz będzie koniec niedzieli.


Ł.

sobota, 13 czerwca 2026

Dzisiejszy dzień...

Był niesamowicie dziwny.

Kwestia nastawienia, wiesz? I tego co się wydarzy na linii startu.

Dzisiaj sajgon - prawdziwy 13 dzień miesiąca. Kłótnia od momentu, kiedy większość wstała.

Kłótnia, która porozstawiała nas w swoich miejscach... Mnie od lat w nijakim, bez decyzyjnym miejscu nigdzie.

Ostre słowa. Nie wiem czy jakiś żal później - ja zachowałem spokój. Tylko pomyślałem "Bo wyjdę... Na zawsze".

Później mega duma - młody dowiózł maksymalnie. Super się zaprezentował - nie tylko w ustalonych scenkach, ale jako lider. Moim zdaniem, ale co ja się tam znam...

Później pogoda płatała figle. Ale w południe się rozpogodziło - maksymalnie. I co chwilę znajdowałem szczęście - koniczynka za koniczynką. Już nawet nie wszystkie zrywałem.

W tzw. międzyczasie rozmowa. Ważna. Bardzo ważna. Z Bardzo WAŻNĄ osobą. Może powiedziałem za dużo, może się odsłoniłem - ale ufam, że akurat ta osoba będzie ostatnią, która będzie próbowała mnie zranić. Świadomie.

72/72. Nie zrozumiesz jak nie znasz kontekstu.

Później był pretekst i lody. Jak to człowiek umie skreować sobie okazję... No właśnie - do czego? Do utrzymania sobotniej tradycji ;)

Dobre i 5 sekund.  Bardzo dobre!

Kończymy ten dzień piknikiem, nabitym guzem, piękną tęczą i...


...prawie dzwonem... Ale też pięknym rozgwieżdżonym niebem.

Dzięki Tato!

Tak trzeba żyć  - z głową podniesioną do góry, wyprostowanym, dumnym!


To był dobry dzień - tak go kwalifikuje. A radości z dzisiaj? Ty. Nawet przez 5 sek.

Szczerość w rozmowie - może dlatego, że nadal jesteśmy "obcy" dla siebie.

I całe to co było dookoła - staranie J, zabawach J, guz! I po prostu czerpanie z życia tu i teraz, bo nie wiadomo czy jutro będzie!


Ł.


Śpij spokojnie!


...

...


To jest jedyne, czego teraz potrzebuje.

Tak bardzo.

Najbardziej.

Długie, kilkuminutowe ...


I tyle. Całe moje oczekiwania od świata.


Całe.


Prosty chłopak jestem. Więc wiele mi nie trzeba.


Dzisiejszy deszcz - super sprawa. Przynajmniej nie widać.



Po deszczu będzie Słońce! Może nawet tęcza! Taka, jaka widziałem wczoraj koło 19!

Głowa do góry i lecimy z rzeczywistością..


Taką, jaka jest. Bo innej nie ma.


Ł...



Mały update.

Takie jeszcze drobne przemyślenie. Może jest tak, że dostajemy to na co zapracowaliśmy lub zasłużyliśmy. Może jest tak, że właśnie tak ma być.

Może to jest po to, żeby jutro obudzić się z nowym spojrzeniem na świat. I docenić. Chociażby to, że po raz kolejny mogliśmy otworzyć oczy. Po to, żeby podziwiać piękno otaczającego nas świata! I Kosmosu!


Może ja po prostu... Nie zasługuje.

piątek, 12 czerwca 2026

Prosty chłopak...

...tak, to jest najlepsza definicja mnie.


Przyjmuje świat bardzo optymistycznie - nie wiem, czy to dobra strategia. Nie wiem, ale przekonałem siebie, że tak jest bezpieczniej i ... i w zasadzie weselem. Wiadomo - pomaga mi w tym moja "głęboka" wiedza na temat szczęścia. Pomaga mi w tym fakt, że nie potrafię się cieszyć. Wszystkim w zasadzie. Nawet "pierdołą".


Ma to też drugą stronę - śmieszkuję, więc często nie jestem traktowany poważnie. I ludzie mają z tym problem - bo pracę mam odpowiedzialną i czasem nie wiadomo, czy robię sobie "jaja" czy ja tak na poważnie.

Znam wiele osób - mało znam takich (mało to skromne, ale jednak tak deklarują), które mnie totalnie nie znoszą. Jestem przynajmniej tolerowany - raz jako "klasowy głupek", raz jako "klaun", innym razem jako "dziwak, ale ogólnie spoko". Grunt, że w tym wszystkim jestem sobą. No ale - świat się może ze mnie śmiać do woli, szydzić, podważać co mówię. Do czasu. Do czasu aż przebierze się miarka - wtedy na moment na Ziemi robi się nie miło. Wtedy ja chowam do kieszeni empatię i po prostu palę wszystko co nie jest po mojemu. Nie ma litości - są głównie ofiary. Zwykle jest ich za dużo...

Ale dzieję się to bardzo rzadko. Bardzo. Na razie - nie wiem, raczej nic takiego nie planuję.

I fakt - to też tyczy się przelewania miarki w ujmowaniu moim bliskim. Może nawet wtedy szybciej jestem w stanie się włączyć. Ale spokojnie - to jeszcze nie ten czas. Wierzę, że Ci co się mają wysypać, zrobią to koncertowo sami.

Jestem prosty - biorę świat takim, jakim jest. Nie takim, jakim bym chciał. Nikogo do niczego nie zmuszam. Może czasem jest mi przykro, że rzeczywistość układa/ułożyła/ułoży się inaczej niż bym chciał. Ale przez lata nauczyłem się jednego - jeszcze nie było tak, żeby nie było. Zawsze coś jest. Znajdziesz jakiś punkt zaczepienia. Nie ten, to inny. Tutaj zaboli, gdzie indziej będzie uśmiech. Jakaś tam równowaga jest.


Zasadniczo wiele osób postrzega mnie jako cwaniaka - głowa wysoko, raczej wyprostowany, głośny, pewny siebie. Ale ja często się boję. Boję się, że kogoś stracę..., że kogoś urażę..., że komuś coś nie będzie pasować..., albo przyjdzie ktoś i mi wszystko zabierze.. no i boję się lasu nocą, ale to jest inna historia.


Cieszą mnie małe rzeczy. Bardzo mnie cieszą. Rzeczy, gesty, sytuacje.

Wrócę na chwilę do Małego Księcia - kojarzysz historię o lisie? I o tym, czego uczył Małego Księcia? Że jak się umówisz konkretnie, to samo czekanie już jest radością, daje ekscytację, pozwala sobie coś wyobrazić może nawet, pozwala cieszyć się nadchodzącą chwilą. Lubię czasem czekać - mimo, że często jestem niecierpliwy. Nie lubię tęsknić, ale radzę sobie z tym koncertowo - zajmuję się kolejną i kolejną rzeczą, żeby nie myśleć.

Czas wypełniony "niby ważnymi" sprawami leci szybciej... I z piątku robi się poniedziałek...a  w zasadzie wtorek....


Więc ja sobie poczekam. Bo wiem, że warto...


...i lepiej niech mi nic tego nie popsuje! Bo będzie pogorzelisko!


Ł.


PS Ludzie za rzadko się uśmiechają. Trzeba zrobić tak, żeby statystyki zawyżać!

czwartek, 11 czerwca 2026

...dzień, jak co dzień...

... nie jest co dzień!


Każdy dzień jest inny. Nie da się ukryć. Ten dzisiejszy zaczął się - a w zasadzie skończył bardzo wcześnie, później zaczął koło 6... ale był pochmurny i deszczowy. W południe już był ciepły i słoneczny, a końcówka jest rześka i świeża...

To co jest pewne to zmiana i na nią powinniśmy być gotowi.


Wczoraj trudna lekcja. Dzisiaj praktyka. A nie jest łatwo. Nie jest, jak się obiecało, że się nie będzie głupim - a tego nie da się odjąć tak o, z minuty na minutę. To trzeba wyćwiczyć.

Ale staram się. Telefon... nie jest najważniejszy. Podobno można poczekać. Podobno... chociaż ja dosyć niecierpliwy jestem. Bo lubię... bardzo.


A skoro się powiedziało, że się obiecuje i się postara, to warto. Jeśli nam zależy. Bo jak nam nie zależy, to sobie możemy mówić co chcemy. Nie ma to znaczenia.


Czy było dzisiaj miejsce na radości??!! TAK!

Małe, ale znaczące. Nie trzeba dużo. To może być telefon. Taki wiesz, bez większego powodu. Tylko po to, żeby w sumie zadzwonić (tak mi się wydaje). To może być świadomość, że ktoś zadziałał pod wpływem (?) serca, ale gdzieś tam rozum po drodze zadziałał... To może być świadomość, że jesteśmy po coś. Nawet dla kogoś. Może nawet ważni.

I to nie musi być wielkie. To może być małe, może być tylko dla nas widoczne.


Przeszkadzali. Jak co dzień. Nie ma dnia, żeby ktoś dał spokój. I rozumiem, że może każdy ma jakąś sprawę, ale wkurza mnie jak to sprawia, że wychodzisz... Chociaż wiem. Znam konsekwencje. Albo przynajmniej się ich domyślam.


A to nie jest nic złego. A jak niesie radość - to nawet dobre to jest!


Jeśli chcesz, to możesz!


Ł.

Szczerość...

Im jestem starszy, tym bardziej dochodzę do wniosku, że szczerość jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w życiu.


Nie dlatego, że trudno mówić prawdę. Trudno żyć z konsekwencjami jej wypowiedzenia.


Ta noc ... Ta noc była lekcją...


Bo prawda czasami rozczarowuje. Czasami zmienia lub kończy relacje. Czasami odbiera wygodne złudzenia, które budowaliśmy latami. A jednak prędzej czy później i tak upomina się o swoje miejsce.

Ostatnio wpadł mi w ucho fragment piosenki Norah Jones:

"Truth spoke in whispers will tear you apart, no matter how hard you resist it."

Prawda wypowiedziana szeptem potrafi rozerwać człowieka na kawałki, niezależnie od tego, jak bardzo próbuje się jej opierać.

I chyba coś w tym jest.

Największe życiowe lekcje nie przyszły do mnie wtedy, gdy miałem rację. Przyszły wtedy, gdy musiałem przyznać się do błędu. Gdy okazywało się, że świat nie wygląda tak, jak chciałem, żeby wyglądał. Gdy trzeba było spojrzeć w lustro i odpowiedzieć sobie na kilka niewygodnych pytań.

Czy zawsze byłem szczery wobec Ciebie?

Może ważniejsze pytanie brzmi: czy zawsze byłem szczery wobec samego siebie?

Bo od tego wszystko się zaczyna.

A prawda, choć czasem boli, ma jedną niezwykłą właściwość. Uwalnia od ciągłego pamiętania, co komu powiedzieliśmy. Od udawania. Od budowania kolejnych warstw pozorów.

Nie daje łatwego życia.

Ale daje spokojniejszy sen....



Fundament. To jest coś potrzeba każdej relacji. Im mocniejszy, tym lepiej. Im lepiej zrozumiany, tym lepiej. Mi się wydaje, że jest mocny. To mnie cieszy.

Mi się wydaje, że dzisiaj jesteś smutna. I to mnie martwi...


Nikt nie mówił, że łatwo jest lekko żyć.


Ł.


Skrajna głupota...

 ...tak.

Dzisiaj przeszedłem sam siebie. Zrobiłem coś skrajnie głupiego.

I nie chodzi mi o sposób prowadzenia samochodu.

Chodzi mi o nadszarpnięcie zaufania, kłamstwo, nieszczerość.

Boli mnie to, że to zrobiłem, mimo, że pobudki miałem mocne. Boli mnie to, że wiedziałem jakie są konsekwencje. I do nich dotarłem. Boli mnie to, że przygotowałem przepis na katastrofę, która mam nadzieję się nie wydarzy. Boli mnie...


Mam nadzieję, że jutro obudzę się mądrzejszy. Może lepszą opcją jednak będzie pociąg? A nie samochód? Wprawdzie z czegoś pewnie będzie trzeba zrezygnować, inaczej poustawiać kalendarz, ale na pewno bezpieczniej i w innym komforcie.


Są sukcesy. Ale mało cieszą przy skrajnej głupocie.

Przepraszam. Nie chciałem (a w zasadzie chciałem wiesz co...)

Idę spać... Może... A może nie...

Ł.


środa, 10 czerwca 2026

Świat się zatrzymał...

 ...tak totalnie na moment.

Zawsze gonię, wiadomo. Ale teraz nie. Na moment świat totalnie zamarł. Przymknąłem oczy i cieszyłem się ciszą. Tak spokojną. Zaburzaną tylko dźwiękami zabawy jakichś dzieci. Totalnie dziwne uczucie. Pamiętam je - chociażby jak leżałem na trawie na jakieś połoninie, odpoczywając chwilę w wędrówce po górach ... Pamiętam je - chociażby z samotnego siedzenia w wyłomie skalnym, mikrojaskini na Buczynowych Turniach, gdzie mój plan na Orlą przejęła natura i niecnie zatrzymała. Niby wokół była burza. Ale był też spokój. Pamiętam.

Ale dawno tego nie czułem ... To oznacza spokój. Spokój ducha, myśli... Chwilowe zatrzymanie.

Nie jest to złe. Nie boje się tego. W zasadzie tęsknię za tym, żeby położyć się i patrzeć w niebo. Wymyślać co przypominają chmury....


Będzie dobrze. Jakby nie było. Nie boje się. Jestem duży i dam radę.


A jak nie dam? Nie czarujmy się, jestem tylko drobna cząstka życia na Ziemi, naprawdę drobną.


Dzisiaj coś się stało. Coś miłego. Acz niespodziewanego. To jest jedna z radości dzisiaj.


Czy jakieś jeszcze będą?

Na to trzeba poczekać do północy... Wtedy będzie już jutro ;)


Ł.

wtorek, 9 czerwca 2026

Najgłupszy pomysł świata... I co z niego wynika...

Tak.

Jedni śpią, inni nie. Inni miewają głupie pomysły, jak jedni śpią.


Więc trzymaj się!

Ale najpierw o dzisiaj.

Bo dzisiaj nie był zwykły dzień. Był Najlepszy. Dlaczego? Bo (nie pierwszy raz) poczułem, że komuś na mnie zależy. Ale wiesz - nie komuś, komu powinno zależeć, bo tak wypada. Tylko zależy w zasadzie bezinteresownie, bez oczekiwań. Po prostu dlatego, że dobrze się czuje w moim towarzystwie. I vice versa!

Czasem się zastanawiam, jak wyglądała ta "przed" rzeczywistość. I nie myśl sobie za dużo. Ta relacja po prostu jest. Nie jest zdefiniowana do końca, ale ma swoje granice. Jest tam serce i rozum. I wtedy kiedy trzeba - jedno lub drugie bierze górę. Bez katastrofy.

A jak to się stało? Po prostu tabliczka czekolady. Nie byle jakiej. Ulubionej. Nie wspomnę o tej metafizyce synchronizacji, jest to pewna magia - to samo myślisz, to samo chcesz powiedzieć, to samo... masz na obiad...

Dzień szalony jak zwykle, miało być nicnierobienie - zaplanowane - w kalendarzu... Nie udało się w zasadzie. Dlaczego? Bo cały czas ktoś przeszkadzał.

I to jest kolejny ciekawy temat - dlaczego ludziom przeszkadza, że inni dobrze się czując w swojej obecności, chcą spędzić chwile czasu wspólnie (specjalnie nie piszę razem, które mogłoby sugerować... za dużo). Dlaczego nie można swobodnie porozmawiać, czy wypić kawy, żeby ktoś zaraz nie zaczął snuć plotek... Z jednej kawy dzieci nie ma!

Aż tak ludziom jest źle, że muszą komentować życie innych? I to jeszcze "nie dając" "przyzwolenia" na takie coś? A może powinni spróbować skupić się na tym, co dotyczy ich i nie wpier* się w cudze życia.


Ale do głupich pomysłów i końcówki dnia. Znalazłem czterolistną koniczynkę - niby nic, ale rzadko się spotyka. A że ja żyję szczęśliwie (jak to było? Jest bardzo dobrze i proszę o więcej!), to koniczynka tylko ustawia status quo.

Dzisiaj usłyszałem jedno ważne zadanie - z którym się w pełni zgadzam - mniej więcej brzmiało ono tak: "I na koniec, zapamiętajcie jedno: Bądźcie dobrzy dla ludzi!".

Tak jest łatwiej - bo na koniec dnia można powiedzieć: "No ja byłem dla niego dobry, ale to on tak a nie inaczej zrobił...". Taka wskazówka.

A co do głupiego pomysłu. On nie jest głupi. On się wydaje nie realny. Nie do zrealizowania.

Ale ja wiem - teraz już wiem, kiedyś się domyślałem - że jestem w stanie (z zespołem, niektórych nawet mam tutaj określonych) go zrealizować.

Szkoła w Kamerunie. Miałem ją kiedyś zbudować. Zacząłem. Poddałem się. (Bo ktoś powiedział, że jest to głupi pomysł. Ja byłem za młody. To nie pomysł był głupi. To ja byłem głupi.) NIE ZROBIŁEM TEGO!

Ale przecież dalej żyję. Teraz już wiem gdzie, jakie są realia, co jest potrzebne. Kwestia harmonogramu - rzeczowego, finansowego, legislacji, dobrania partnerów. WIEM, że jest to możliwe. Więc rozważę, czy nie wrócić do najgłupszego pomysłu świata.

Wystarczy dobry Excel!


I to by tyle było. Pogadane. Miło. Bardzo.


A Ty jaką książkę polecasz? Bo ja tą otwartą, którą relatywnie łatwo się czyta... Która pomaga nam zrozumieć świat i buduje naszą kreatywność ;)


Ł.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

W biegu...

 ...ciągłym.

Żyję w pędzie. Ogromnym pędzie.

(Po drodze nie szanując czasu innych i własnego zdrowia zapewne...)

No ale to stwierdzenie nie jest odkryciem. Mój kalendarz - to tak jak pisałem 4 kalendarze, a będzie i piąty... Pracuje dużo, aktywnie, na wielu wątkach na raz... Temat goni temat, wszystko "udaje" (nie lubię tego słowa) złapać się (jakby spięte trytytkami i taśmą)...

Ale wiesz co?

Nie do końca wiem za czym gonię. Niby jakiś cel zawsze jest - czy to jakiś problem do rozwiązania, czy konferencja do poprowadzenia, czy zajęcia do zrobienia, przetarg do wygrania...

Tylko ten horyzont ma to do siebie, że kiedy się do niego zbliżam, to on się oddala.

A ja dalej go gonię.

Wiem jedno, że co jak co, ale mi marnowania czasu nie można zarzucić - używam go z rozsądkiem (a nawet rozumem, co niektórych momentami dziwi), używam go jak chcę.

Ostatnio mniej się nudzę - w zasadzie chyba w ogóle. I to - co może wydać się absurdalne - mi doskwiera. Nuda jest ważna, nie oznacza ona tępego patrzenia się w ścianę, mentalnie nudzić się można nawet będąc na mniej istotnym spotkaniu... Świat nas uczy, że nuda jest zła, a to ona napędza kreatywność, to wtedy przychodzą odpowiedzi na najważniejsze pytania (lub najtrudniejsze).

Chwilowo to gdzieś zgubiłem. Kiedyś dużo czasu spędzałem w aucie - to był mój czas nudy, blisko 90 minut dziennie. Teraz mam 8 min do pracy, ciężko nawet zacząć się nudzić... W ciągu dnia nie ma kiedy, bodźców mam masę, a jak jest chwila (np. w terenie), to jakoś też zawsze w stresie i na ogniu. Po pracy też zawsze coś. Przed snem - to jest tylko moment ;)

Może powinienem wpisać sobie nudę do.... Kalendarza? Takie półgodziny nicnierobienia w ciągu dnia! Tak dosłownie. To może być kawa, spacer, spojrzenie w niebo, rozmowa... 

Po prostu bycie tu i teraz.

Bez planowania kolejnego tygodnia, dnia, spotkania, bez strategii, bez zastanawiania się, co dalej...

Tylko chwila.


Zastanawiam się czasem, czy ja się gdzieś kiedyś zatrzymam. Tak naprawdę. Ale nie dlatego, że opadłem z sił, czy coś mnie zmusiło.

Tylko dlatego, że chcę, na własnych zasadach. Usiąść, może z kubkiem kawy, popatrzeć przed siebie, posłuchać...


Bo czas jest dziwny. Raz jest to dużo, raz szalenie mało, raz jeden dzień to przepaść, innym razem tydzień mija w 5 minut. Często przecieka między palcami, zdecydowanie szybciej niż byśmy chcieli.

Czasem boję się, że w tym swoim pędzie, nie zauważę czegoś ważnego i po prostu przebiegnę obok.

A życie polega na tym, żeby żyć!

A nie tylko przeżyć... Prawda?


Ł.

niedziela, 7 czerwca 2026

Lekcja empatii...

 ...bo można ją dostać każdego dnia, w każdej chwili.

Wróciłem trochę do materiałów z Berkley na temat szczęścia. I otaczania się nim.


No ja w zasadzie mam to (nomen omen) szczęście, że szczęściem jestem otoczony... Naprawdę... W kwietniu pisałem jest dobrze. I to wystarczy. Teraz mogę napisać, że jest bardzo dobrze i proszę o więcej.

Ale wracając do głównego wątku - empatii. Nie wiem czy wiesz, że osoby o wysokim poziomie empatii w zasadzie mają w życiu łatwiej? Jeśli potrafisz chociaż przez moment wczuć się w sytuację osoby, której na przykład nie lubisz - może Ci się zmienić trochę punkt widzenia. I tak - wiem, trudne to jest. Sam tego często nie robię. Ale warto budować w sobie empatię, bo ona raz, że daje nam siłę, to dwa - pozwala zjednać sobie ludzi. A no i na koniec dnia lepiej rozwiązujemy wyzwania, które napotykamy.

Dlaczego akurat o tym dzisiaj. Jest takie ćwiczenie na budowanie właśnie tej supermocy polegające na tym, że staramy się przynajmniej raz w tygodniu odezwać się do zupełnie obcej osoby, tylko wiesz - nie tak na zasadzie "o jaka piękna pogoda, nieprawdaż?", tylko z atencją i troską.

Jadę sobie pociągiem... Pełnym pociągiem (chociaż faktycznie miejscówka obok jest wolna - i to nie dlatego, że ją wykupiłem w razie czego).

Na tym wolnym miejscu usiadł chłopiec. Spoko - wolne, niech siedzi.

Ale obok stała jego mama, w zasadzie młoda, nawet bardzo i tak stoi, nie narzeka, a jakiś dziwny typ nie wytrzymał i wstał ze swojej wykupionej miejscówki i się uparł, żeby usiadła. Co afery z tego się zrobiło, to głowa mała - w finale wszyscy stali. No ale dziwny typ pewnie inaczej nie potrafił...

Świat mnie nieustannie zadziwia. I zaskakuje. W tym moimi własnymi wyborami (które chyba czasem lecą z podświadomości...)


W drodze do...

Ł.

Małe radości...

 ...nie są wcale takie małe.

Zastanawiasz się czasami, za co jesteś wdzięczny/a Bogu każdego dnia?

Co jest Twoją małą radością, która sprawia, że na koniec dnia możemy czuć satysfakcję, spełnienie, dumę czy sumując - szczęście!

Bardzo dobrą praktyką jest rozpamiętywanie dni właśnie pod tym kątem. Za co mogę na koniec dnia podziękować! To pozwala budzić w sobie wdzięczność za nawet potencjalnie małe rzeczy/sprawy/zdarzenia, ale pozwala też zobaczyć jaki jest wzór na nasze szczęście. Co jest jego udziałem, co powtarza się każdego dnia, co daje nam uśmiech...

Bo w życiu chodzi o to, żeby się uśmiechać!

Moją małą radością (jedną z trzech, ale o jednej napisze...) było rodzeństwo. Może nie często się zdarza, że się widzimy "sami" we trójkę, ale zawsze jak tak jest to czuć więź, czuć wsparcie, wzajemną pomoc, troskę. Ale nie śmiertelnie poważną - owianą żartem, takim, jaki każdy z nas wnosi w naszą trójkę (z wiadomych, pomijam najstarszego)..

Nie jestem najlepszym bratem. Jestem bratem wystarczającym. Takim, który jak go potrzeba to jest, a bywa jak nie jest potrzebny. Za to siostry mam złote - można na nich polegać, doradzić się, porozmawiać, przegadać głupoty. I mimo, że kiedyś usłyszałem, że się nie udaliśmy, to śmiem twierdzić, że się udaliśmy maksymalnie jak się dało! A co!

Taką radością możesz być też Ty! Ba! Jesteś!

Taką radością może być krótka chwila, niby nic nie znacząca - obiektywnie mogło by jej nie być, wiele by się nie zmieniło... Dla wszechświata. A dla kogoś już tak.


Radość to serce... Ale bywa też tak, że to rozum wygrywa.

I bardzo dobrze!


Ł.

piątek, 5 czerwca 2026

Tajemnica...

 ...nie jedna.

Ostatnio ... Jakby to powiedzieć...

...ostatnio mam wrażenie, że dni są dłuższe, a noce krótsze... Śpię mniej więcej tyle samo, ale sam, wewnętrznie chcę, czuję, że noc powinna minąć szybko...


Nawyk.

Aby go wykształcić wystarczy trzy miesiące. Trzy miesiące powtarzania, tego samego... Później jest tylko łatwiej.

A co jeśli można szybciej nawyknąć? I czekać... Na kogoś, na wiadomość... Zwykłe "Dzień dobry", to może być wystarczająco piękne otwarcie dnia, jeśli nie jest przypadkowe.

Do takiego dzień dobry możemy się przyzwyczaić... Tak, że jak go nie ma, to się martwimy (?)...


Coś pięknego.

Doświadczam czegoś, na co nie wiem czy sobie zasłużyłem... Czegoś pięknego, aczkolwiek - chyba przez nikogo niespodziewanego. Jest to relacja... Wyjątkowa. Życzę każdemu takiej. Bo ta relacja buduje, daje siłę, pomaga gdy jest trudno. To jest relacja z osobą, która jest ciekawa, która zapyta, która się interesuje. Nie dlatego, że musi. Dlatego, że chce (tak przynajmniej ułożyłem sobie w głowie). Chce, a nie musi. Bo ma wszystko... Ale oprócz tego daje mi cząstkę swojego czasu. Dobre słowo. Uśmiech. Jest.

Tego co się dzieje niedookreślam. Nie potrzebuję tego. Jest jak jest. Myślę też, że w tym roku - albo i kolejnym... Nic lepszego mnie nie spotka. W najbliższym czasie.

Najgorsze jest to, że jest to podszyte lekką obawą, że ktoś zauważy, że dostrzeże, że mu/jej się nie spodoba.


Ale czy to ważne. Czy nie ważniejsze jest szczęście - nawet chwilowe. Radość, która płynie z chwili, kiedy szukając znajdujesz. A uśmiech pojawia się nie u jednej osoby, ale...


Idę spać - jutro też jest dzień... Ten najlepszy!


Ł.

środa, 3 czerwca 2026

W przestworzach...

 ...jest najwięcej miejsca!

Stąpanie po ziemii jest super. Ale hasło "Lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż żałować, że się nie zrobiło" przemawia do mnie mocno.

A więc hop. Podpuszczać mnie nie trzeba. Ale co się za tym kryje, na razie cicho sza.

A kryje się nie jedno. Przynajmniej dwa. Jak się uda, to się uda. A jak nie - to dzisiaj nie był łatwy dzień.

Ale zakończenie bardzo miłe.


Ostatnie spotkanie. Wydaje się, że minęło szmat czasu, ale tak naprawdę to był po prostu intensywny czas. Stąd wrażenie, że szalenie długi.

Niby dałem z siebie więcej niż oczekiwano. Czyli spełniłem oczekiwania z nawiązką. Niby to wartość dało. Dodatkową.

Cieszę się. Lubię być potrzebny, potrzebuje być potrzebny.


Dzisiaj udało mi się zdobyć potwierdzenie. Potwierdzenie, że być może pomogłem ok 200 osobom. Oddając krew. Dużo krwi. Tyle co w 6-7 osobach w całości...


Taki dzień. Niby zwykły. Ale specyficzny.

Mój dzień? A może Twój?


Ł.

Najbardziej na świecie...

 ...potrzebuję PRZYTULENIA!

Chociaż na chwilę! Znaczy nie mikromikromoment. Bo to się nie liczy. Na taką chwilę, że oddechy się wyrównają, że energia się zbilansuje, że będzie po prostu dobrze.

Nie chodzi o jakieś aspekty seksualne dla jasności. Chodzi o zwykłą bliskość. Bez konwenansów.

No nic. Na razie się nie zapowiada. Najbliższa okazja - jakaś jest. Zobaczymy czy wszechświat będzie sprzyjał.

I tyle. Przytulenie. Chociaż wiem, że jak sobie przypomnę jak to jest, to będę potrzebował kolejnego...


Ł.


Leje, ale ja z cukru nie jestem. Więc YOLO!

Ćwiczę silną wolę ... vol. 2

 :D


Tak.

Bo nie chcę przeszkadzać ;)

Jakby nie było, to dzisiejszy poranek jest inny. Z wiadomych przyczyn. Niby nie jakoś bardzo. Ale jednak.


Tak sobie siedzę, nic nie robię (lol) i się zastanawiam. Nad czym? Sam nie wiem do końca. Życie jest przewrotne i interesujące. Pisze takie scenariusze, że można by się nie spodziewać. Wszystko jest jakimś procesem. Niektóre rzeczy blakną, inne nabierają kolorów. Bardzo ważne w tym wszystkim są mikromomenty. Bardzo ważne.

Jak spytasz dlaczego? To właśnie dlatego. Żeby mieć siłę, żeby przetrwać, żeby móc się uśmiechać. Zawsze kiedy mamy na to ochotę. Żeby się starać wtedy kiedy chcemy.

Bo wiesz - jak się chce, to można.

A jak się nie chce, to niestety czasami trzeba. No ale też nie ma przymusu. Są później konsekwencje.


Myślę, że w głębi serca, tam głęboko, jest we mnie dziecko. Ufne, otwarte na świat, ciekawe świata, doświadczające świata! I tego co nas otacza. Często pierwszy raz. Bo podobno pierwsze razy są najlepsze. Ale wydaje mi się też że ważny jest ich kontekst i to z kim się ich doświadcza. To nie może być przypadek...


Ostatnio stwierdziłem, że biorąc pod uwagę całe moje pogmatwane życie i doświadczenia, moje emocje są wypłaszczone. Bez wielkich ekscytacji, bez wielkich dołów. Nie wiem. Może nie są.

Może tylko brakuje pretekstu. Pretekstu, żeby cieszyć się na 200%, żeby znowu, jak przed laty unosić się nad ziemią.

Nie wiem.

Wiem, że typowy to ja nie jestem maksymalnie i każdy dzień mi to pokazuje. Fascynujące!


Ł.

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Ćwiczę silną wolę...

 ...mimo, że dostaje skrętu wewnętrznego.

Ale obiecałem sobie, że się nie złamię.

Nie dla siebie. Dla Ciebie. Bo przestrzeń jest ważna. A ja i tak mam wrażenie, że się pakuje za bardzo.

Lol - głowa mnie aż rozbolała. Nie wiem czy z myślenia. Czy z pogody. Czy jeszcze z czegoś.

Ale tak właśnie.

Udaje, ze mnie nic nie interesuje ;)


Ł.