...tak, to jest najlepsza definicja mnie.
Przyjmuje świat bardzo optymistycznie - nie wiem, czy to dobra strategia. Nie wiem, ale przekonałem siebie, że tak jest bezpieczniej i ... i w zasadzie weselem. Wiadomo - pomaga mi w tym moja "głęboka" wiedza na temat szczęścia. Pomaga mi w tym fakt, że nie potrafię się cieszyć. Wszystkim w zasadzie. Nawet "pierdołą".
Ma to też drugą stronę - śmieszkuję, więc często nie jestem traktowany poważnie. I ludzie mają z tym problem - bo pracę mam odpowiedzialną i czasem nie wiadomo, czy robię sobie "jaja" czy ja tak na poważnie.
Znam wiele osób - mało znam takich (mało to skromne, ale jednak tak deklarują), które mnie totalnie nie znoszą. Jestem przynajmniej tolerowany - raz jako "klasowy głupek", raz jako "klaun", innym razem jako "dziwak, ale ogólnie spoko". Grunt, że w tym wszystkim jestem sobą. No ale - świat się może ze mnie śmiać do woli, szydzić, podważać co mówię. Do czasu. Do czasu aż przebierze się miarka - wtedy na moment na Ziemi robi się nie miło. Wtedy ja chowam do kieszeni empatię i po prostu palę wszystko co nie jest po mojemu. Nie ma litości - są głównie ofiary. Zwykle jest ich za dużo...
Ale dzieję się to bardzo rzadko. Bardzo. Na razie - nie wiem, raczej nic takiego nie planuję.
I fakt - to też tyczy się przelewania miarki w ujmowaniu moim bliskim. Może nawet wtedy szybciej jestem w stanie się włączyć. Ale spokojnie - to jeszcze nie ten czas. Wierzę, że Ci co się mają wysypać, zrobią to koncertowo sami.
Jestem prosty - biorę świat takim, jakim jest. Nie takim, jakim bym chciał. Nikogo do niczego nie zmuszam. Może czasem jest mi przykro, że rzeczywistość układa/ułożyła/ułoży się inaczej niż bym chciał. Ale przez lata nauczyłem się jednego - jeszcze nie było tak, żeby nie było. Zawsze coś jest. Znajdziesz jakiś punkt zaczepienia. Nie ten, to inny. Tutaj zaboli, gdzie indziej będzie uśmiech. Jakaś tam równowaga jest.
Zasadniczo wiele osób postrzega mnie jako cwaniaka - głowa wysoko, raczej wyprostowany, głośny, pewny siebie. Ale ja często się boję. Boję się, że kogoś stracę..., że kogoś urażę..., że komuś coś nie będzie pasować..., albo przyjdzie ktoś i mi wszystko zabierze.. no i boję się lasu nocą, ale to jest inna historia.
Cieszą mnie małe rzeczy. Bardzo mnie cieszą. Rzeczy, gesty, sytuacje.
Wrócę na chwilę do Małego Księcia - kojarzysz historię o lisie? I o tym, czego uczył Małego Księcia? Że jak się umówisz konkretnie, to samo czekanie już jest radością, daje ekscytację, pozwala sobie coś wyobrazić może nawet, pozwala cieszyć się nadchodzącą chwilą. Lubię czasem czekać - mimo, że często jestem niecierpliwy. Nie lubię tęsknić, ale radzę sobie z tym koncertowo - zajmuję się kolejną i kolejną rzeczą, żeby nie myśleć.
Czas wypełniony "niby ważnymi" sprawami leci szybciej... I z piątku robi się poniedziałek...a w zasadzie wtorek....
Więc ja sobie poczekam. Bo wiem, że warto...
...i lepiej niech mi nic tego nie popsuje! Bo będzie pogorzelisko!
Ł.
PS Ludzie za rzadko się uśmiechają. Trzeba zrobić tak, żeby statystyki zawyżać!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz