Czasami spotykasz kogoś zupełnie przypadkiem.
Chociaż właściwie… nie do końca.
Bo pamiętam pierwsze spotkanie. Pierwsze spojrzenie. I pamiętam, że już wtedy było w Tobie coś, co mnie intrygowało.
Nie potrafiłem tego nazwać.
Może sposób, w jaki patrzyłaś na świat. Może inteligencja, którą dało się wyczuć po kilku zdaniach. Może uśmiech. Może jakaś mieszanka pewności i niepewności, której wtedy jeszcze zupełnie nie rozumiałem.
Po prostu pomyślałem: ciekawy człowiek. Chciałbym Cię poznać.
Nie wiedziałem tylko, że poznam Cię aż tak dobrze.
Potem była jedna rozmowa.
Druga.
Jedna wiadomość więcej.
Trochę śmiechu. Trochę poważnych tematów. Wspólna praca. Czasami milczenie. Te wszystkie małe momenty, których nikt nie planuje i którym początkowo nie przypisuje większego znaczenia.
Aż któregoś dnia orientujesz się, że ktoś zupełnie niepostrzeżenie przestał być po prostu osobą, którą znasz.
Stał się jednym z Twoich ludzi.
Na przekór okolicznościom.
Trochę na przekór rzeczywistości.
Bez drugiego dna. Bez potrzeby zamieniania tej relacji w coś, czym nie jest.
Jest za to coś znacznie trudniejszego do nazwania.
Bliskość.
Zaufanie.
Zrozumienie.
Może nawet coś tak dziwnego i trochę mistycznego jak braterstwo dusz.
I jest w tym wszystkim jeszcze coś, czego kompletnie nie rozumiem.
Jak to możliwe, że kobieta, którą widzę jako inteligentną, piękną, wartościową i cholernie zdolną, potrafi czasami tak bardzo w siebie nie wierzyć?
Widzę, jak dajesz radę tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej wydawało Ci się, że nie dasz.
Widzę, jak się rozwijasz.
Jak robisz kolejne rzeczy.
Jak pokonujesz własne granice.
Jak potrafisz zrobić coś naprawdę świetnie, a pięć minut później zamiast powiedzieć sobie: „dobra robota”, zastanawiasz się, co mogłaś zrobić lepiej.
I czasami naprawdę mam ochotę Tobą potrząsnąć i zapytać:
„Czy Ty naprawdę nie widzisz tego, co ja widzę?”
Bo ja widzę.
I nie chodzi o idealizowanie.
Znam już trochę Twoich wad. Widziałem niepewność. Widziałem błędy. Widziałem momenty, kiedy coś nie wychodziło.
Ale przecież właśnie na tym polega poznawanie człowieka.
Nie na przekonaniu, że jest idealny.
Tylko na tym, że poznajesz go coraz bardziej i mimo wszystko myślisz:
kurczę, dobrze, że jesteś.
Może właśnie po to czasami pojawiają się w naszym życiu inni ludzie.
Nie żeby nas ratować.
Nie żeby mówić nam, kim mamy być.
Ale żeby w dni, kiedy sami patrzymy na siebie trochę zbyt krytycznie, mogli stanąć obok i powiedzieć:
„Hej. Ja widzę Cię trochę inaczej.”
Dlatego jeśli znowu przyjdzie dzień, w którym zaczniesz w siebie wątpić, chciałbym, żebyś pamiętała jedno.
Ja nie wątpię.
Jesteś inteligentna.
Jesteś piękna.
Jesteś wartościowa.
Potrafisz znacznie więcej, niż sama sobie przypisujesz.
I jestem z Ciebie dumny. Z każdej kolejnej rzeczy, przy której najpierw pojawia się „nie wiem, czy dam radę”, a potem okazuje się, że jednak dałaś.
Jest tylko jeden problem.
Im ważniejszy staje się dla nas człowiek, tym więcej pojawia się czegoś, czego zwykle bardzo nie lubię.
Strachu.
Bo nawet będąc człowiekiem, który lubi uważać się za nieustraszonego, zacząłem trochę bać się myśli, że któregoś dnia mogłoby Cię zabraknąć w moim małym kosmosie.
Nie dlatego, że jesteś „moja”.
Nie jesteś. I nie musisz być.
Nie o posiadanie tutaj chodzi.
Chodzi o tę niezwykle rzadką sytuację, kiedy pośród miliardów ludzi spotykasz kogoś, z kim po prostu wyjątkowo dobrze przecięły Ci się orbity.
I chciałbyś, żeby jeszcze długo biegły gdzieś niedaleko siebie.
Bo od pierwszego spotkania mnie intrygowałaś.
Potem zacząłem Cię poznawać.
A dzisiaj jesteś po prostu kimś bardzo ważnym.
Więc nie będę Ci mówił, że od jutra masz uwierzyć w siebie.
Wiem, że to tak nie działa.
Ale kiedy następnym razem Twojej własnej wiary trochę zabraknie...
pożycz trochę mojej.
Mam jej w Ciebie naprawdę cholernie dużo.
Ł.