Bardzo.
Dobranoc.
Ł.
Bo właściwie dlaczego mielibyśmy?
Wszystko jest przecież normalnie. Zwyczajne dni, zwyczajne rozmowy, praca, obowiązki, tysiąc spraw do zrobienia. Rzeczywistość skutecznie usypia czujność i daje poczucie, że wszystko jest dokładnie na swoim miejscu.
Aż nagle okazuje się, że ktoś patrzy trochę uważniej.
Zauważy jedną wiadomość za dużo.
Jeden uśmiech nad telefonem trochę zbyt szczery.
To, że na dźwięk konkretnego powiadomienia jakoś automatycznie robi się weselej.
Albo że o kimś mówi się trochę częściej, niż wynikałoby to z czystego przypadku.
I zaczyna się katastrofa.
Bo przecież „coś musi być na rzeczy”.
A może właśnie nie musi?
Może czasami po prostu spotykamy człowieka, z którym niespodziewanie dobrze się dogadujemy.
Kogoś, kto rozumie nasze żarty, zanim zdążymy je wytłumaczyć. Kogoś, komu można wysłać kompletną głupotę i mieć pewność, że po drugiej stronie pojawi się uśmiech. Kogoś, z kim można pięć minut później rozmawiać zupełnie serio o rzeczach naprawdę ważnych.
Kogoś, przy kim nie trzeba się specjalnie pilnować.
I właśnie to bywa podejrzane.
Bo chyba nauczyliśmy się, że każdą bliskość trzeba nazwać. Każdej relacji przypisać kategorię. A jeśli jest to kobieta i mężczyzna, to najlepiej od razu znaleźć drugie, trzecie i czwarte dno.
Tylko po co?
Czy naprawdę czymś złym jest dobrze się z kimś dogadywać?
Cieszyć się na wiadomość?
Uśmiechnąć się do telefonu?
Wiedzieć, że ktoś rozumie Cię trochę bardziej niż większość?
Chcieć dla kogoś dobrze, pomagać mu i zwyczajnie lubić jego obecność?
Może zamiast zastanawiać się, „co to właściwie znaczy?”, czasami wystarczy przyjąć, że wydarzyło się coś dobrego.
Dwoje ludzi spotkało się gdzieś po drodze.
Złapali wspólny język.
Zaczęli sobie ufać.
Jest szczerość. Jest wsparcie. Jest śmiech. Jest zwyczajnie dobrze.
Oczywiście warto pamiętać o granicach. O innych ludziach. O odpowiedzialności za to, co budujemy. Szczerość wobec siebie jest tutaj chyba ważniejsza niż wszystkie definicje świata.
Ale na koniec dnia zostaje mi jedno pytanie:
czy naprawdę wydarzyło się coś złego?
Czy może po prostu w tym ogromnym, trochę chaotycznym świecie znaleźliśmy człowieka, z którym wyjątkowo dobrze się rozumiemy?
Jeśli właśnie to jest ta cała „katastrofa”…
to chyba są gorsze rzeczy, które mogą przydarzyć się w naszym małym kosmosie.
Ł.
PS. Odezwij się. Bo ja nie chcę dolewać... A martwię się okrutnie!
Chyba trochę przyzwyczailiśmy się do tego, że jeśli między kobietą i mężczyzną pojawia się mocna więź, szczerość, troska i zaangażowanie, to koniecznie trzeba ją jakoś nazwać. A najlepiej od razu dopisać do niej historię miłosną. Tak nam mówi świat, otoczenie, Ci co zazdroszczą...
A przecież nie trzeba.
Można zbudować relację bardzo bliską. Mocną. Ważną. Taką, w której naprawdę zależy Ci na drugim człowieku.
I jednocześnie nie być w sobie zakochanym.
Można chcieć dla kogoś dobrze, nie chcąc go mieć.
Można tęsknić za rozmową, a nie za związkiem.
Można cieszyć się czyjąś obecnością bez potrzeby zawłaszczania jej dla siebie.
Można napisać rano „jak się masz?”, pomóc, kiedy jest trudno, cieszyć się sukcesami, wspierać w porażkach, śmiać się z kompletnych głupot i rozmawiać o rzeczach naprawdę ważnych.
Bez drugiego dna.
Bez gry.
Bez zastanawiania się: „co ja z tego będę miał?”
I chyba właśnie brak oczekiwań jest w takiej relacji czymś niezwykle pięknym.
Nie musisz niczego udowadniać.
Nie musisz spełniać czyjegoś wyobrażenia o sobie.
Nie musisz być dostępny zawsze.
Nie musisz się tłumaczyć.
Jesteś, bo chcesz.
Druga osoba też jest, bo chce.
A jeśli któregoś dnia potrzebuje pomocy, podajesz rękę. Nie dlatego, że coś Ci się za to należy. Po prostu dlatego, że jest dla Ciebie ważna.
Jest w tym ogromna wolność.
Ale jest też odpowiedzialność. Bo jeśli dostajesz od kogoś szczerość, zaufanie i kawałek jego świata, warto tego nie zepsuć własnym egoizmem, oczekiwaniami czy próbą zamienienia tej relacji w coś, czym nigdy nie miała być.
Myślę, że takie spotkania ludzi zdarzają się rzadko.
Ktoś pojawia się zupełnie przypadkiem. Czasem w momencie, w którym kompletnie się tego nie spodziewasz. Zaczynacie rozmawiać. Potem rozmawiacie trochę więcej. I nagle orientujesz się, że w Twoim małym kosmosie pojawił się człowiek, przy którym po prostu możesz być sobą.
Bez maski.
Bez oczekiwań.
Bez deklaracji.
Bez konieczności nazywania wszystkiego.
Jest szczerość.
Jest zaufanie.
Jest troska.
Jest chęć pomocy.
Jest świadomość, że gdzieś tam jest ktoś, do kogo możesz napisać i powiedzieć: „dzisiaj jest trochę nijako”.
Albo: „patrz, udało się!”.
I wiesz, że po drugiej stronie ktoś naprawdę będzie chciał to usłyszeć.
Nie każda ważna relacja musi być historią miłosną.
Niektóre mogą być po prostu historią dwojga ludzi, którzy dobrze się spotkali.
I czasami nie trzeba od tego niczego więcej.
Bo jest dobrze.
Naprawdę dobrze.
A może nawet…
bardzo dobrze.
Ł.
I nawet trudno powiedzieć dlaczego.
Nic szczególnie złego się nie wydarzyło. Nikt nie zawalił świata. Nie ma wielkiego problemu, który trzeba rozwiązać. Teoretycznie wszystko jest w porządku.
A jednak jakoś nie jest.
Brakuje energii. Rzeczy, które zazwyczaj cieszą, cieszą trochę mniej. To, co normalnie przychodzi łatwo, wymaga większego wysiłku. Nawet kawa jakby działała słabiej.
Po prostu nijaki dzień.
I chyba trzeba nauczyć się akceptować, że takie też są częścią życia.
Można oczywiście próbować na siłę zmienić jego kierunek. Wstać, ruszyć się, zrobić coś dobrego dla siebie. Wyjść na spacer. Pojechać gdzieś. Włączyć muzykę. Zająć głowę czymś, co zazwyczaj pomaga.
Tylko czasami potrzeba do tego zaskakująco dużo własnej energii.
Więcej, niż akurat mamy.
I wtedy dobrze jest móc oprzeć się na kimś.
Nie po to, żeby ten ktoś rozwiązał nasze problemy.
Bo przecież czasami żadnego konkretnego problemu nawet nie ma.
Nie potrzebujemy rad. Analizy. Motywacyjnej przemowy ani odpowiedzi na pytanie „co się stało?”.
Czasami potrzebujemy po prostu czyjejś obecności.
Krótkiej wiadomości.
Rozmowy o niczym.
Kawy wypitej razem.
Spaceru.
Albo zwyczajnego: „chodź, jestem”.
I nagle okazuje się, że ten nijaki dzień zaczyna mieć jakiś kolor.
Może właśnie po to budujemy relacje.
Nie tylko po to, żeby razem przeżywać wielkie rzeczy, świętować sukcesy i dzielić się tym, co piękne.
Może przede wszystkim po to, żeby od czasu do czasu móc oprzeć się o drugiego człowieka, kiedy nam samym na chwilę zabraknie siły.
A innym razem zamienić się rolami.
Być tym, który poda rękę. Wyciągnie z najgłębszej kryjówki. Zrobi kawę. Napisze pierwszy. Albo po prostu będzie obok.
Bo nie każdy dzień musi być piękny.
Nie każdy musi być produktywny.
Nie każdy musi nawet mieć sens.
I chyba właśnie dlatego tak ważni są ludzie, których wpuszczamy do swojego małego kosmosu.
Nie muszą naprawiać naszego świata.
Czasami wystarczy, że pomogą nam przetrwać jeden zupełnie nijaki dzień.
A jutro?
Jutro przecież wstanie nowy dzień.
I kto wie…
może znowu będzie pięknie.
Może...
Ł.
Jedno niepotrzebne słowo pociąga za sobą kolejne. Jedna emocja dokłada następną. Nagle już nawet nie pamiętamy, od czego się zaczęło, ale każde kolejne zdanie musi być odpowiedzią na poprzednie. Trzeba coś wyjaśnić. Udowodnić. Obronić się. Mieć ostatnie słowo.
I robi się burza.
A przecież podczas burzy nie zawsze trzeba stać na środku pola i krzyczeć do piorunów.
Czasami można po prostu znaleźć swój azyl.
Wyjść.
Przejść kilka kilometrów. Wsiąść na rower. Usiąść gdzieś w ciszy. Popatrzeć na drzewa, wodę albo niebo. Porozmawiać z kimś, kto nas nie ocenia. Z kimś, kto po prostu przyjmie rzeczywistość taką, jaka jest. Albo pomilczeć przy kimś bezpiecznym.
Przewietrzyć głowę.
Odetchnąć.
Dać emocjom opaść.
I przede wszystkim zadbać trochę o siebie.
Nie po to, żeby uciekać od problemów. One przecież nie znikną tylko dlatego, że przestaniemy o nich myśleć.
Ale nie każdy problem trzeba rozwiązywać dokładnie w tej sekundzie, w której emocje są największe.
Czasami najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić dla siebie i dla drugiego człowieka, jest na chwilę przestać mówić.
Dać sobie przestrzeń.
Bo po każdej burzy może przyjść spokój.
Może nie od razu. Może trzeba będzie wrócić do rozmowy. Powiedzieć „przepraszam”. Czasem przyznać „miałeś rację”. Innym razem spokojnie powiedzieć „nadal się z tobą nie zgadzam”.
Ale już bez piorunów.
Życie jest zdecydowanie za krótkie, żeby każdą różnicę zdań zamieniać w wojnę, a każde nieporozumienie nosić ze sobą przez kolejne dni.
Dlatego kiedy w moim małym kosmosie zaczyna grzmieć, coraz bardziej doceniam miejsca, w których można przeczekać burzę.
Trochę ciszy. Trochę przestrzeni. Kilka głębokich oddechów.
I świadomość, że dbanie o siebie czasami oznacza również pozwolenie sobie na chwilę odejść od tego, czego w tej chwili nie potrafimy naprawić.
Jutro można spróbować jeszcze raz.
Spokojniej.
Spokojniej.
Ł.
Naprawdę nic.
Żadnych samochodów. Żadnych powiadomień. Żadnego pośpiechu. Tylko namiot, gdzieś w totalnej dziczy, chłodny poranek i kubek gorącej kawy trzymany w dłoniach trochę mocniej niż zwykle.
Noc była zimna.
I głośna.
Bo okazuje się, że cisza nad rzeką, w totalnie dzikim miejscu wcale nie jest cicha.
Rzeka szumi. Coś w nie pluska. Coś chodzi. Coś szura. Coś trzaska. Gdzieś łamie się gałąź. Co chwilę pojawia się jakiś nowy dźwięk, którego leżąc w namiocie absolutnie nie potrafisz zidentyfikować. I wyobraźnia bardzo szybko podpowiada, że na pewno jest to coś zdecydowanie większego i groźniejszego, niż jest w rzeczywistości.
Ale potem wychodzisz przed namiot.
Patrzysz w górę.
I nagle wszystko przestaje mieć znaczenie.
Gwiazdy.
Nie kilka najjaśniejszych punktów, które czasem przebijają się przez światła miasta.
Tysiące.
To jest naprawdę niewiarygodne!
Droga Mleczna rozciągnięta nad głową. Spadające gwiazdy, przy których nawet nie zdążysz pomyśleć życzenia, bo za chwilę pojawia się następna.
I stoisz pośrodku tego wszystkiego i przypominasz sobie, jak niewiarygodnie małym elementem ogromnego kosmosu jesteś.
To dobrze robi na głowę.
Rano nie potrzeba wiele.
Kawa.
Coś prostego na śniadanie.
Nie musi być pięknie podane. Nie musi być idealnie. Smakuje fantastycznie właśnie dlatego, że zrobiłeś to sam. Tutaj. Na kawałku swojego małego świata, który na tę jedną noc stworzyłeś gdzieś pośrodku niczego.
I siedzisz.
Patrzysz.
Myślisz.
Albo właśnie pierwszy raz od dawna nie myślisz o niczym.
Może właśnie po to czasami trzeba uciec w totalną dzicz.
Nie od ludzi.
Nie od życia.
Tylko od całego hałasu, który nie pozwala nam tego życia usłyszeć.
Żeby trochę pobyć ze sobą. Pokontemplować. Złapać dystans. Podładować baterie. Przypomnieć sobie, że do szczęścia naprawdę nie potrzeba aż tak wiele.
Bo właśnie wstał nowy dzień.
Znowu dostaliśmy czystą kartkę.
Nową szansę.
Nową nadzieję.
Nie wiem, co wydarzy się dzisiaj. Nie wszystko musi się udać. Nie wszystko musi pójść zgodnie z planem.
Ale teraz jest gorąca kawa, chłodne powietrze, prosty poranek i świat, który właśnie budzi się do życia.
I jest dobrze. Póki co.
A jutro?
Jutro słońce znowu wstanie.
Znowu pojawi się nowa nadzieja.
I znowu będzie pięknie.
Ł.
...musi do czegoś prowadzić.
Coraz częściej łapię się na tym, że próbujemy mierzyć dni tym, co udało nam się zrobić.
Ile spraw załatwiliśmy. Ile punktów wykreśliliśmy z listy. Czy byliśmy wystarczająco produktywni. Czy wydarzyło się coś ważnego.
A przecież może być też inaczej.
Można przeżyć dzień, w którym niczego wielkiego nie osiągniemy.
Wypić kawę trochę wolniej. Pojechać gdzieś bez konkretnego celu. Posiedzieć w ciszy. Poleżeć w hamaku. Porozmawiać z kimś bez patrzenia na zegarek czy telefon. Zrobić coś tylko dlatego, że sprawia nam przyjemność.
Można nawet przez chwilę… nic nie robić.
I nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
Bo odpoczynek nie jest nagrodą za to, że byliśmy wystarczająco pracowici.
Jest częścią życia.
Tak samo potrzebną jak działanie, ambicja, plany i kolejne cele.
Chyba uczę się właśnie tego, że nie każdą chwilę trzeba wykorzystać. Niektóre wystarczy przeżyć.
Bez planu.
Bez wyniku.
Bez zastanawiania się, co z tego będę miał.
Po prostu być.
Popatrzeć na ludzi dookoła. Na niebo. Na świat, który przez chwilę całkiem dobrze radzi sobie bez naszego ciągłego ingerowania.
Bo może właśnie w takich pozornie „zmarnowanych” chwilach dzieją się rzeczy najważniejsze.
Głowa robi się trochę lżejsza.
Wraca ciekawość.
Pojawiają się myśli, na które wcześniej nie było miejsca.
Czasami coś się wydarzy.
A czasami nie wydarzy się kompletnie nic.
I to też jest w porządku.
Nasz mały kosmos nie musi przecież cały czas pędzić.
Czasami może po prostu przez chwilę spokojnie się kręcić.
A my razem z nim.
Tylko czy ja tak potrafię...
Ł.