poniedziałek, 28 września 2026

Nowy tydzień.!

Lubię myśleć, że poniedziałek trochę zeruje licznik.


Nawet jeśli tym razem pomiędzy poprzednim tygodniem a tym właściwie nie było żadnej przerwy.


Nie było wielkiego resetu. Odpoczynku. Odcięcia głowy od wszystkiego, co trzeba zrobić. Nie było nawet porządnego momentu, żeby powiedzieć: dobra, zamykamy poprzedni tydzień.


Jeden po prostu płynnie przeszedł w drugi.


A mimo wszystko dzisiaj jest nowy dzień.


Nowy tydzień.


Nowa szansa.


I chcę wejść w niego z energią.


Bo przed nami trochę wyzwań. Kilka rzeczy do ogarnięcia. Kilka problemów do rozwiązania. Pewnie pojawi się też kilka takich, o których dzisiaj rano nie mamy jeszcze bladego pojęcia.


I bardzo dobrze.


Damy radę.


Z uśmiechem.


Z pomysłem.


Z kreatywnością.


Czasami trochę na spontanie, czasami według planu, a czasami kompletnie wbrew temu, co podpowiada rozsądek.


Będziemy kombinować.


Szukać rozwiązań.


Próbować.


Popełniać błędy.


Poprawiać.


A kiedy ktoś powie, że czegoś się nie da, pewnie jak zwykle spróbujemy, zanim zdąży dokładnie wyjaśnić nam dlaczego.


Bo przecież już nieraz okazywało się, że te wszystkie rzeczy „niemożliwe” są niemożliwe głównie do momentu, kiedy ktoś po prostu zacznie je robić.


Bo kto, jak nie my?


I jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że w ten tydzień wchodzę z trochę większym spokojem.


Świadomość, że nie wszystko trzeba ogarniać samemu.


Że gdzieś obok jest człowiek, z którym można podzielić sukces, ponarzekać przez pięć minut na katastrofę, rzucić najbardziej absurdalnym pomysłem, pośmiać się, a potem powiedzieć:


„Dobra. To co robimy?”


I robić.


Nie wiem, jaki będzie ten tydzień.


Ale wiem, że będzie nasz.


I wiem jeszcze jedno.


Cieszę się, że Cię mam.


Naprawdę.


A teraz czekamy na pierwszą kawę, wrzucamy uśmiech na twarz i do roboty.


Bo kto, jak nie my?


Ł.

wtorek, 22 września 2026

Wracasz do domu.

Trochę zmęczony.


Nie wydarzyła się żadna wielka katastrofa. Po prostu jeden z tych dni, kiedy masz wrażenie, że czego się nie dotkniesz, to zaczyna się lekko sypać.


Nic spektakularnie.


Tak po trochu.


Jedna rzecz niedokończona.

Druga utknęła.

W trzeciej ktoś czegoś nie zrobił.

Czwarta miała zająć godzinę, a pożarła pół dnia i nadal nie jest zamknięta.


Biegasz pomiędzy tematami. Odpowiadasz. Dzwonisz. Poprawiasz. Próbujesz dopchnąć jeszcze jedno, jeszcze tylko to, jeszcze pięć minut...


I przychodzi moment, kiedy patrzysz na zegarek i orientujesz się, że właściwie niczego dzisiaj nie skończyłeś.


Oczywiście robiłeś cały dzień.


Tylko efektów jakoś nie widać.


Więc wracasz do domu.


Zmęczony bardziej głową niż ciałem.


I chyba podświadomie liczysz, że tam będzie już trochę ciszej.


Że zdejmiesz buty.


Usiądziesz.


Napijesz się czegoś.


Może przez chwilę nikt nie będzie od Ciebie niczego chciał.


Może nawet usłyszysz zwyczajne:


„Ciężki dzień?”


Ale nie.


Przypierdolka.


Znikąd.


O coś.


Właściwie w pierwszej chwili nawet nie wiesz, co się właśnie wydarzyło.


I normalnie pewnie wzruszyłbyś ramionami. Może odpowiedział. Może obrócił w żart. Może wszedł w dyskusję.


Tylko że dzisiaj nie masz już z czego.


Bo czasami nie rozwala nas jedna wielka rzecz.


Rozwala nas ostatnia mała rzecz.


Ta, która w normalny dzień zabrałaby trzy procent baterii, ale trafia dokładnie wtedy, kiedy zostało jej już jeden.


I nagle czujesz, jak uchodzi z Ciebie wszystko.


Cała energia.


Całe moje „dam radę”.


Całe „spokojnie, ogarniemy”.


Ten mój cholerny huraoptymizm, który zazwyczaj każe mi szukać rozwiązania, zanim ktokolwiek zdąży dokładnie opisać problem.


I nawet nie chce Ci się walczyć.


Nie chcesz udowadniać swojej racji.


Nie chcesz tłumaczyć.


Nie chcesz wygrywać.


Chciałbyś tylko, żeby ktoś zauważył, że dzisiaj naprawdę już wystarczy.


Bo dom powinien być czasem miejscem, w którym można zdjąć zbroję.


Nie kolejnym miejscem, w którym trzeba ją zapinać pod samą szyję.


I chyba właśnie tego czasami najbardziej brakuje.


Nie pochwał.


Nie zachwytów.


Nie wielkich słów.


Odrobiny bezpieczeństwa.


Zwykłego:


„Chodź. Usiądź. Widzę, że masz dość.”


Bo jutro znowu będę robił swoje.


Wstanę. Pozbieram te wszystkie niedokończone rzeczy. Naprawię to, co się lekko posypało. Pewnie wymyślę trzy kolejne rzeczy niemożliwe i spróbuję je zrobić, zanim ktoś zdąży powiedzieć, że się nie da.


Znam siebie.


Tylko dzisiaj...


dzisiaj chciałem po prostu wrócić do domu.


A nie na kolejną zmianę.


Ł.

piątek, 18 września 2026

Jebło.

Chyba nie potrafię tego dzisiaj nazwać inaczej.

Gdyby ktoś zapytał mnie teraz, co mnie boli, musiałbym odpowiedzieć:

wszystko.

A najbardziej ja sam.

Cały.

Głowa. Ciało. Myśli. Emocje. Wszystko to, co przez ostatnie tygodnie i miesiące upychałem gdzieś pomiędzy „dam radę”, „zrobię”, „ogarnę” i moim niezniszczalnym „jakoś to będzie”.

No więc dzisiaj nie jest.

Dzisiaj nie mam siły.

Nie zbuduję szkoły w Kamerunie.

Nie zrobię TEDxRzeszów.

Nie zrealizuję połowy tych wszystkich genialnych pomysłów, które mam zapisane gdzieś w głowie.

Pewnie po drodze zawalę jakieś zlecenie.

Kogoś zawiodę.

O czymś zapomnę.

Nie dowiozę.

I nawet nie mam dzisiaj ochoty pisać, że przecież zaraz się podniosę i znowu zacznę napierdalać w kolejne szklane sufity.

Nie mam siły.

Serio.

Dzisiaj czuję się jak nikt.

I chyba najbardziej boli mnie właśnie to, że przez większość czasu jestem tym człowiekiem od „da się”.

Od działania.

Od niemożliwych rzeczy.

Od huraoptymizmu.

Od pomagania innym.

Od „spokojnie, wymyślimy coś”.

Tylko dzisiaj nie potrafię wymyślić niczego dla siebie.

I może pierwszy raz od dawna nie będę próbował.

Nie będę dzisiaj naprawiał świata.

Nie będę budował szkoły.

Nie będę organizował TEDx-a.

Nie będę ratował projektów, ludzi ani całej pieprzonej galaktyki.

Bo może mój mały kosmos nie potrzebuje dzisiaj kolejnej rewolucji.

Może potrzebuje tylko, żebym przetrwał ten cholernie zły dzień.

Bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek.


Dzisiaj w zasadzie jedno zadanie. Oprzeć się.


Bo tam jest ciemno, ale .... momentami przyjemnie.


A na pewno tam jest wszystko jedno...



Ł.


PS


Może jutro nadal będzie Kamerun.

Nadal będzie TEDx.

Nadal będą moje pomysły, zobowiązania, ludzie i wszystkie rzeczy, które chcę zrobić.

A jeśli jutro nie będę miał siły, to może pojutrze.

Dzisiaj jebło.

Ale ja nadal jestem.

I na dzisiaj naprawdę musi wystarczyć.


Może... A może nie dotrwam.

środa, 16 września 2026

Dziwne...

Czasami spotykasz kogoś zupełnie przypadkiem.

Chociaż właściwie… nie do końca.

Bo pamiętam pierwsze spotkanie. Pierwsze spojrzenie. I pamiętam, że już wtedy było w Tobie coś, co mnie intrygowało.

Nie potrafiłem tego nazwać.

Może sposób, w jaki patrzyłaś na świat. Może inteligencja, którą dało się wyczuć po kilku zdaniach. Może uśmiech. Może jakaś mieszanka pewności i niepewności, której wtedy jeszcze zupełnie nie rozumiałem.

Po prostu pomyślałem: ciekawy człowiek. Chciałbym Cię poznać.

Nie wiedziałem tylko, że poznam Cię aż tak dobrze.

Potem była jedna rozmowa.

Druga.

Jedna wiadomość więcej.

Trochę śmiechu. Trochę poważnych tematów. Wspólna praca. Czasami milczenie. Te wszystkie małe momenty, których nikt nie planuje i którym początkowo nie przypisuje większego znaczenia.

Aż któregoś dnia orientujesz się, że ktoś zupełnie niepostrzeżenie przestał być po prostu osobą, którą znasz.

Stał się jednym z Twoich ludzi.

Na przekór okolicznościom.

Trochę na przekór rzeczywistości.

Bez drugiego dna. Bez potrzeby zamieniania tej relacji w coś, czym nie jest.

Jest za to coś znacznie trudniejszego do nazwania.

Bliskość.

Zaufanie.

Zrozumienie.

Może nawet coś tak dziwnego i trochę mistycznego jak braterstwo dusz.

I jest w tym wszystkim jeszcze coś, czego kompletnie nie rozumiem.

Jak to możliwe, że kobieta, którą widzę jako inteligentną, piękną, wartościową i cholernie zdolną, potrafi czasami tak bardzo w siebie nie wierzyć?

Widzę, jak dajesz radę tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej wydawało Ci się, że nie dasz.

Widzę, jak się rozwijasz.

Jak robisz kolejne rzeczy.

Jak pokonujesz własne granice.

Jak potrafisz zrobić coś naprawdę świetnie, a pięć minut później zamiast powiedzieć sobie: „dobra robota”, zastanawiasz się, co mogłaś zrobić lepiej.

I czasami naprawdę mam ochotę Tobą potrząsnąć i zapytać:

„Czy Ty naprawdę nie widzisz tego, co ja widzę?”

Bo ja widzę.

I nie chodzi o idealizowanie.

Znam już trochę Twoich wad. Widziałem niepewność. Widziałem błędy. Widziałem momenty, kiedy coś nie wychodziło.

Ale przecież właśnie na tym polega poznawanie człowieka.

Nie na przekonaniu, że jest idealny.

Tylko na tym, że poznajesz go coraz bardziej i mimo wszystko myślisz:

kurczę, dobrze, że jesteś.

Może właśnie po to czasami pojawiają się w naszym życiu inni ludzie.

Nie żeby nas ratować.

Nie żeby mówić nam, kim mamy być.

Ale żeby w dni, kiedy sami patrzymy na siebie trochę zbyt krytycznie, mogli stanąć obok i powiedzieć:

„Hej. Ja widzę Cię trochę inaczej.”

Dlatego jeśli znowu przyjdzie dzień, w którym zaczniesz w siebie wątpić, chciałbym, żebyś pamiętała jedno.

Ja nie wątpię.

Jesteś inteligentna.

Jesteś piękna.

Jesteś wartościowa.

Potrafisz znacznie więcej, niż sama sobie przypisujesz.

I jestem z Ciebie dumny. Z każdej kolejnej rzeczy, przy której najpierw pojawia się „nie wiem, czy dam radę”, a potem okazuje się, że jednak dałaś.

Jest tylko jeden problem.

Im ważniejszy staje się dla nas człowiek, tym więcej pojawia się czegoś, czego zwykle bardzo nie lubię.

Strachu.

Bo nawet będąc człowiekiem, który lubi uważać się za nieustraszonego, zacząłem trochę bać się myśli, że któregoś dnia mogłoby Cię zabraknąć w moim małym kosmosie.

Nie dlatego, że jesteś „moja”.

Nie jesteś. I nie musisz być.

Nie o posiadanie tutaj chodzi.

Chodzi o tę niezwykle rzadką sytuację, kiedy pośród miliardów ludzi spotykasz kogoś, z kim po prostu wyjątkowo dobrze przecięły Ci się orbity.

I chciałbyś, żeby jeszcze długo biegły gdzieś niedaleko siebie.

Bo od pierwszego spotkania mnie intrygowałaś.

Potem zacząłem Cię poznawać.

A dzisiaj jesteś po prostu kimś bardzo ważnym.

Więc nie będę Ci mówił, że od jutra masz uwierzyć w siebie.

Wiem, że to tak nie działa.

Ale kiedy następnym razem Twojej własnej wiary trochę zabraknie...

pożycz trochę mojej.

Mam jej w Ciebie naprawdę cholernie dużo.


Ł.

niedziela, 13 września 2026

„Idź się zabij.”

Usłyszałem dzisiaj.

Mocne.

Zwłaszcza kiedy takie słowa spotykają człowieka, który ma za sobą historię sprawiającą, że nie są one tylko głupim tekstem rzuconym w emocjach.

Przez moment nawet pomyślałem: ciekawa propozycja.

Tylko że jest jeden problem.

Ja naprawdę cholernie lubię żyć.

Lubię wstawać absurdalnie wcześnie, żeby zobaczyć wschód słońca.

Lubię spać w namiocie, marznąć i słuchać miliona dziwnych dźwięków dookoła.

Lubię patrzeć na Drogę Mleczną.

Lubię jeździć na rowerze trochę szybciej, niż podpowiada rozsądek.

Lubię pracować nad rzeczami, których podobno nie da się zrobić.

Lubię ludzi.

Rozmowy.

Przypadkowe spotkania.

Poranną kawę.

Śmiech nad telefonem.

Te wszystkie małe rzeczy, z których zbudowałem swój mały kosmos.

Więc nie.

Nie mam najmniejszej ochoty ślepo wykonywać cudzych, bzdurnych zachcianek.

Ale słowa mają swoją siłę.

„No idź. No pokaż.”

I chyba coś we mnie jednak trafiły.

Bo przez moment poczułem, jakby trochę życia ze mnie uleciało.

Trochę energii.

Trochę tego mojego nieznośnego huraoptymizmu.

Trochę przekonania, że niezależnie od wszystkiego jutro przecież znowu będzie dobrze.

Tylko trochę.

Bo na szczęście jestem przypadkiem chyba beznadziejnym.

Niepoprawnym optymistą.

Takim, który nawet kiedy dostanie po dupie, po jakimś czasie zaczyna zastanawiać się, co można z tym zrobić.

Takim, który po kiepskim dniu nadal chce zobaczyć kolejny wschód słońca.

Takim, który wie, że czasami najlepszą odpowiedzią na cały hałas świata nie jest krzyczeć jeszcze głośniej.

Tylko odejść.

Więc co?

Idę.

Ale nie tam, gdzie ktoś chciałby mnie wysłać.

Idę do lasu.

Przejść kilka kilometrów.

Zmęczyć nogi.

Przewietrzyć głowę.

Posłuchać ciszy, która tak naprawdę nigdy nie jest cicha.

Popatrzeć na drzewa, które mają kompletnie gdzieś wszystkie nasze ludzkie dramaty.

Pooddychać.

Pouładać swój mały kosmos.

I przypomnieć sobie coś, czego kilka słów wypowiedzianych przez drugiego człowieka nie jest w stanie mi odebrać.

Życie jest piękne.

Czasami trudne.

Czasami niesprawiedliwe.

Czasami ktoś próbuje zgasić w nas światło tylko dlatego, że sam nie potrafi go znaleźć.

Ale nadal piękne.

Więc idę.

Do lasu.

A potem wrócę.

Bo mam jeszcze zdecydowanie za dużo rzeczy do zrobienia, ludzi do spotkania, miejsc do zobaczenia, kaw do wypicia, niemożliwych pomysłów do zrealizowania i wschodów słońca, na które warto wstać.

No idź. No pokaż.

Dobra.

Pokażę.

Jak bardzo można chcieć żyć.


Ł.


https://suno.com/song/f356c059-45a8-422c-9e3f-3a45d03b9606

sobota, 12 września 2026

Nawet na moment nie można Cię zostawić ...

Takie hasło dzisiaj usłyszałem. Zaraz obok "Kiedy ja ostatnio wyszłam gdzieś?".

I wiesz co?

Nie rozumiem.

Bo naprawdę nie mam poczucia, że robię coś złego.

Nie jestem idealny. Popełniam błędy. Czasami czegoś zapomnę. Czasami podejmę złą decyzję. Czasami jestem zmęczony, czasami mam za dużo na głowie.

Ale jestem.

Zajmuję się nimi. Rozmawiam. Uczę. Pokazuję świat. Wożę. Organizuję. Martwię się. Pomagam. Staram się przygotować je do życia najlepiej, jak potrafię.

Jeszcze niedawno patrzyłem z cholerną dumą, jak moje dzieci w sytuacji kryzysowej, zamiast spanikować, po prostu zaczęły działać. Wiedziały, co robić. Wiedziały, jak pomagać. Wiedziały, że kiedy ktoś potrzebuje pomocy, nie ma „zaraz”, „nie chce mi się” ani „wstydzę się”.

I pomyślałem wtedy, że może jednak coś robię dobrze.

Dlatego dzisiejsze słowa zabolały bardziej, niż powinny.

Bo można powiedzieć mi wiele.

Można skrytykować moją pracę. Moje decyzje. Mój charakter. To, że jestem uparty. Że za dużo robię. Że ciągle gdzieś mnie nosi. Że czasami trudno za mną nadążyć.

Ale powiedzieć mi, że nie potrafię zająć się własnymi dziećmi?

To trafia w zupełnie inne miejsce.

Szczególnie kiedy słyszysz to od osoby, z którą dzielisz życie. Od kogoś, kto powinien wiedzieć, ile dla Ciebie znaczą.

I wtedy naprawdę zaczynasz się zastanawiać:

ile właściwie jestem wart w oczach ludzi, którzy powinni znać mnie najlepiej?

Dzisiaj odpowiedź boli.

Bo człowiek może być silny dla całego świata. Może działać, pomagać, rozwiązywać problemy, robić rzeczy podobno niemożliwe i przebijać kolejne szklane sufity.

Ale chciałby mieć też miejsce, w którym nie musi niczego udowadniać.

Miejsce, w którym ktoś po prostu powie:

„Znam Cię. Widzę, że się starasz. Widzę, ile robisz.”

A kiedy tego zabraknie, pojawia się potrzeba ucieczki.

Nie takiej, żeby zniknąć.

Raczej tej, którą znam chyba najlepiej.

Do przodu.

Jeszcze jeden kilometr. Jeszcze jedno miejsce. Jeszcze jeden projekt. Jeszcze jeden wschód słońca. Jeszcze jedna rzecz, której podobno nie da się zrobić.

Może to nie jest najlepszy sposób.

Ale dzisiaj jest mój.

I mimo tego wszystkiego nadal potrafię powiedzieć coś, co może wydawać się kompletnie absurdalne:

życie jest piękne.

Bo czasami w najbardziej nieoczekiwanych miejscach pojawiają się ludzie, którzy przypominają Ci, że dla kogoś jednak jesteś ważny.

Może formalnie nie są „Twoimi” ludźmi.

Może rzeczywistość poukładała wszystko inaczej, niż bym oczekiwał.

A jednak są.

I czasami jedno „jestem”, jedna wiadomość, jedna rozmowa albo zwyczajna obecność znaczy więcej niż wszystkie wielkie deklaracje świata.

Dlatego dzisiaj, pośród całego tego niezrozumienia, chcę powiedzieć jeszcze jedno.

Cieszę się, że na Ciebie trafiłem.

Naprawdę.

Cieszę się, że mimo całego chaosu jesteś w moim życiu.

Nie musisz niczego naprawiać.

Nie musisz wybierać za mnie drogi.

Nie musisz nawet zawsze mnie rozumieć.

Wystarczy, że jesteś.

Bo jesteś kimś ważnym.

Bardzo ważnym.

I może właśnie dzięki takim ludziom nawet w dni, kiedy własny mały kosmos rozsypuje się na kawałki, człowiek podnosi głowę, patrzy gdzieś dalej i przypomina sobie:

jutro też wstanie słońce.

A ja chcę je zobaczyć.


Ł.

czwartek, 10 września 2026

Czasami warto się dostosować.

Nie lubię tego słowa.

„Dostosować się” brzmi trochę jak rezygnacja z siebie. Jak kapitulacja. Jak zgoda na coś, czego tak naprawdę nie chcemy. A przecież przez większość życia powtarzam sobie, że trzeba żyć po swojemu, próbować, przesuwać granice i nie przejmować się zbytnio tym, co powiedzą inni.

Tylko że życie nie zawsze jest takie proste.


Bo czasami zależy mi tak bardzo, że ... jestem gotowy na poświęcenie.

Bo zależy mi na...

Na Tobie.

Na relacji.

Na tym, żeby czegoś nie zepsuć.


Na spokoju, którego tak bardzo potrzebujesz. Na komforcie.


I wtedy okazuje się, że nie każdą bitwę trzeba wygrać. Nie każdej racji trzeba bronić do ostatniego zdania. Nie zawsze trzeba udowadniać, że „ja mam prawo”, „ja chcę”, „ja uważam”.


Czasami trzeba schować swoje „ja” do kieszeni.


Razem z dumą.


Z potrzebą postawienia na swoim.


Z tym cholernym przekonaniem, że skoro coś czujemy albo czegoś chcemy, to świat powinien nam to dać.


Nie powinien.


Są przecież inni ludzie. Ich emocje. Ich granice. Ich własne małe kosmosy, o których czasami wiemy zdecydowanie mniej, niż nam się wydaje.


I może dojrzałość polega również na tym, żeby umieć powiedzieć:


„Dobrze. Tym razem to ja zrobię krok do tyłu.”


Nie dlatego, że przegrałem.


Nie dlatego, że moje potrzeby nagle przestały być ważne.


Tylko dlatego, że widzę coś większego niż siebie.


Bo jeśli niewielka zmiana orbity mojego małego kosmosu pozwoli przywrócić równowagę w całej galaktyce…


to może naprawdę warto.


Może przez chwilę będę trochę dalej, niż chciałbym być.

Może będzie inaczej.

Może powstrzymam odruch, żeby zrobić dokładnie to, na co mam ochotę.

Może zaakceptuję rzeczywistość taką, jaka jest, zamiast próbować na siłę stworzyć taką, jakiej chciałbym.


I jasne — to kosztuje.

Szczególnie kiedy zależy.

Bo paradoksalnie najłatwiej odpuścić właśnie wtedy, kiedy kompletnie nas coś nie obchodzi.


Prawdziwa sztuka zaczyna się wtedy, kiedy bardzo chcemy, a mimo to potrafimy powiedzieć sobie: nie teraz. Nie tak. Daj przestrzeń.

Może więc dostosowanie się nie zawsze jest słabością.


Czasami jest wyborem.

Czasami troską.

Czasami szacunkiem.


A czasami po prostu ceną, którą świadomie zgadzamy się zapłacić za coś znacznie ważniejszego.


Bo nie zawsze najważniejsze jest to, żeby mój mały kosmos kręcił się dokładnie tak, jak chcę.


Czasami znacznie piękniej jest zobaczyć, że dzięki jednej małej zmianie…


...odzyskujesz równowagę.


Ł.