...musi do czegoś prowadzić.
Coraz częściej łapię się na tym, że próbujemy mierzyć dni tym, co udało nam się zrobić.
Ile spraw załatwiliśmy. Ile punktów wykreśliliśmy z listy. Czy byliśmy wystarczająco produktywni. Czy wydarzyło się coś ważnego.
A przecież może być też inaczej.
Można przeżyć dzień, w którym niczego wielkiego nie osiągniemy.
Wypić kawę trochę wolniej. Pojechać gdzieś bez konkretnego celu. Posiedzieć w ciszy. Poleżeć w hamaku. Porozmawiać z kimś bez patrzenia na zegarek czy telefon. Zrobić coś tylko dlatego, że sprawia nam przyjemność.
Można nawet przez chwilę… nic nie robić.
I nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.
Bo odpoczynek nie jest nagrodą za to, że byliśmy wystarczająco pracowici.
Jest częścią życia.
Tak samo potrzebną jak działanie, ambicja, plany i kolejne cele.
Chyba uczę się właśnie tego, że nie każdą chwilę trzeba wykorzystać. Niektóre wystarczy przeżyć.
Bez planu.
Bez wyniku.
Bez zastanawiania się, co z tego będę miał.
Po prostu być.
Popatrzeć na ludzi dookoła. Na niebo. Na świat, który przez chwilę całkiem dobrze radzi sobie bez naszego ciągłego ingerowania.
Bo może właśnie w takich pozornie „zmarnowanych” chwilach dzieją się rzeczy najważniejsze.
Głowa robi się trochę lżejsza.
Wraca ciekawość.
Pojawiają się myśli, na które wcześniej nie było miejsca.
Czasami coś się wydarzy.
A czasami nie wydarzy się kompletnie nic.
I to też jest w porządku.
Nasz mały kosmos nie musi przecież cały czas pędzić.
Czasami może po prostu przez chwilę spokojnie się kręcić.
A my razem z nim.
Tylko czy ja tak potrafię...
Ł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz