Podobno wakacje zaczynają się wtedy, kiedy zamykasz drzwi domu i ruszasz przed siebie. Nigdy w to do końca nie wierzyłem. Dla mnie każda podróż zaczyna się trochę wcześniej. W chwili, gdy orientuję się, że za chwilę zostawię za sobą coś, czego nie da się spakować do walizki.
Lubię być w drodze. Lubię patrzeć, jak za szybą zmieniają się krajobrazy, miasta i ludzie. Ale są takie wyjazdy, kiedy z każdym kolejnym kilometrem mam wrażenie, że nie oddalam się od miejsca. Oddalam się od kawałka własnego życia.
Może właśnie dlatego nie wiem, czy chcę jechać.
Nie dlatego, że nie lubię nowych miejsc. Wręcz przeciwnie. Uwielbiam odkrywać świat. Tylko czasami zdarza się, że wszystko, co najpiękniejsze, zostaje tam, skąd właśnie wyjechałem. Zostaje czyjś uśmiech. Kilka rozmów. Milczenie, które mówiło więcej niż tysiąc słów. Zwykłe chwile, które okazały się niezwykłe dopiero wtedy, gdy trzeba było je zostawić.
To dziwne uczucie. Człowiek jedzie odpocząć, a najbardziej tęskni za miejscem, z którego dopiero co wyjechał.
Może właśnie na tym polega dorosłość. Nie mierzymy już podróży liczbą przejechanych kilometrów, ale tym, ile zostawiamy za sobą. Im więcej w życiu jest ludzi i chwil, do których chce się wracać, tym trudniej ruszyć dalej. I paradoksalnie... to chyba bardzo dobry znak.
Bo największym szczęściem nie jest znaleźć miejsce, do którego chce się pojechać.
Największym szczęściem jest mieć miejsce... do którego warto wrócić...
A reszta? Reszta poczeka. Góry, morze, miasta i zabytki nie uciekną. Jeśli gdzieś naprawdę warto wracać, to najpierw tam, gdzie zostawiło się kawałek swojego kosmosu.
I chyba właśnie dlatego każda podróż jest jednocześnie wyjazdem i cichą obietnicą powrotu.
Ł.