Są takie dni, które właściwie się nie zaczynają i nie kończą — po prostu się dzieją.
Bez fajerwerków. Bez spektakularnych momentów. Raczej trochę obok siebie.
Dziś było mnie mało. Poranna kawa była czymś wyjątkowym, jakby wyrwanym z innej rzeczywistości. A potem wszystko się rozmyło — dzień na nijak.
Telefon, sprawy. Trudno złapać jedną myśl na dłużej. Trudno powiedzieć, co właściwie zostało.
A jednak teraz jest 19:47 i jest… dobrze.
Nie dlatego, że wydarzyło się coś wielkiego. Nie dlatego, że dzień nagle nabrał sensu.
Raczej dlatego, że gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawiają się momenty, które zatrzymują czas. Takie krótkie, prawie niezauważalne — dwie sekundy, które nagle rozciągają się jak wieczność.
Uśmiech. Spojrzenie. Kilka słów. Myśl, która przychodzi nie wiadomo skąd.
I nagle to wystarcza.
Bo czasem nie chodzi o to, co się wydarzyło. Tylko o tę jedną osobę, która potrafi sprawić, że nawet najbardziej zwyczajny dzień przestaje być zwyczajny. Która nie musi niczego naprawiać ani rozwiązywać. Wystarczy, że jest.
To dziwne, jak obecność drugiego człowieka potrafi rozświetlić wszystko dookoła. Jak z dnia, o którym za chwilę pewnie byś zapomniał, robi dzień, który jednak chcesz zapamiętać.
Nie wiem, czy da się być dla kogoś promieniem słońca. Ale wiem, że są ludzie, przy których nawet najbardziej pochmurny dzień wygląda jaśniej.
I chyba właśnie za to jestem dziś najbardziej wdzięczny.
Dobrze Cię mieć na wyciągnięcie ręki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz