Łatwo jest mówić, co zrobilibyśmy w sytuacji kryzysowej. Że zachowalibyśmy spokój. Że pomoglibyśmy. Że wiedzielibyśmy, co robić. Tylko dopóki naprawdę coś się nie wydarzy, są to wyłącznie deklaracje.
Mam jakieś zapędy na ratownika. Trochę działam w OSP. Wożę ze sobą apteczkę zdecydowanie większą, niż rozsądek nakazywałby wozić na co dzień. I zawsze powtarzam, że oby nigdy nie była potrzebna.
Dzisiaj była.
I ironia losu polega na tym, że potrzebował jej człowiek, którego — delikatnie mówiąc — naprawdę nie darzę sympatią.
W pierwszej chwili można byłoby pomyśleć o całej historii, emocjach, wzajemnych relacjach.
Tylko że w takiej chwili to wszystko przestaje mieć znaczenie.
Jest człowiek, który potrzebuje pomocy.
Więc działasz.
I dzisiaj sprawdziłem też trochę siebie.
Nie spanikowałem.
Nie było chaosu.
Nie było biegania bez celu.
W głowie uruchomił się algorytm, który tyle razy sobie układałem:
ocena sytuacji → 112 → własne bezpieczeństwo → kontakt z poszkodowanym → rozdzielenie zadań → działanie.
Krok po kroku.
Bez bohaterstwa. Bez wielkich gestów. Robisz po prostu to, co w danym momencie trzeba zrobić, i czekasz na ludzi, którzy przejmą dalsze działania.
Ale dzisiaj najbardziej dumny jestem nie z siebie.
Jestem dumny z moich dzieci.
Bo chyba jednak nie na darmo od czasu do czasu słuchają moich opowieści o pomaganiu.
O tym, do czego służą rzeczy w apteczce.
O tym, że w sytuacji zagrożenia nie trzeba się bać działania.
O numerze 112.
O tym, co powiedzieć dyspozytorowi.
O tym, że kiedy dzieje się coś poważnego, nie ma „zaraz”, „nie chce mi się”, „wstydzę się” ani robienia sobie jaj.
Dzisiaj teoria zamieniła się w praktykę.
15 lat.
13 lat.
6 lat.
I nie było pytań: „po co?”.
Nie było: „zaraz”.
Nie było paniki.
Było:
co mam zrobić?
A potem działanie.
Jedno zadanie. Drugie. Kolejne. Dokładnie tak, jak trzeba.
Jakby robili to nie pierwszy raz.
I chyba właśnie w takich momentach człowiek dostaje odpowiedź, czy wszystkie te rozmowy, tłumaczenia i powtarzanie pewnych rzeczy po raz setny mają sens.
Mają.
Zdali dzisiaj egzamin celująco.
Jestem z nich cholernie dumny.
A poszkodowany?
Tu pojawia się druga lekcja tego dnia.
Pomóc komuś nie oznacza, że nagle trzeba go polubić.
Nie oznacza, że wcześniejsze sprawy przestają istnieć. Nie oznacza przebaczenia, pojednania ani początku pięknej historii o tym, jak dramatyczne wydarzenie zmieniło wszystko.
Nie zmieniło.
Człowiek potrzebował pomocy.
Dostał ją.
Bo tak trzeba.
Bo są pewne granice człowieczeństwa, których nie powinno się przekraczać nawet wobec ludzi, których najchętniej omijalibyśmy szerokim łukiem.
A co dalej?
Najchętniej już nic.
Naprawdę mam to w dupie.
Zrobiłem to, co należało zrobić, kiedy drugi człowiek potrzebował pomocy. Gdyby jutro wydarzyło się to samo, zrobiłbym dokładnie to samo.
Ale nie dlatego, że go lubię.
Dlatego, że chcę móc lubić człowieka, którego każdego ranka widzę w lustrze.
I chyba dzisiaj mogę.
Ł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz