poniedziałek, 19 października 2026

Bo tak.

Są w życiu rzeczy, które bardzo trudno wytłumaczyć.


A jeszcze trudniej uzasadnić.


Dlaczego lubimy jednych ludzi bardziej niż innych?


Dlaczego przy kimś potrafimy rozmawiać godzinami, a przy kimś innym po pięciu minutach zaczynamy szukać pretekstu, żeby wyjść?


Dlaczego za jednym człowiekiem tęsknimy, choć nie widzieliśmy go zaledwie kilka godzin, a za innym nie tęsknimy nawet po latach?


Dlaczego czasami robimy coś zupełnie bezinteresownie?


Dlaczego chcemy komuś pomóc, sprawić przyjemność, zobaczyć jego uśmiech?


Dlaczego niektórych ludzi po prostu chcemy mieć w swoim życiu?


Bo tak.


I wiecie co?


Coraz bardziej lubię tę odpowiedź.


Bo przecież żyjemy w świecie, w którym wszystko trzeba uzasadniać.


Każdą decyzję.


Każdą emocję.


Każde zachowanie.


Każdą relację.


Najlepiej jeszcze przygotować analizę ryzyka, tabelę korzyści, harmonogram i trzy alternatywne scenariusze.


No i oczywiście wskazać mierzalne rezultaty.


A jeśli coś nie ma racjonalnego uzasadnienia, to natychmiast zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem nie robimy czegoś głupiego.


Tylko że życie nie jest projektem, w którym wszystko da się wpisać do Excela.


Na szczęście.


Bo czasami po prostu czujemy, że coś jest dobre.


Że z kimś jest nam dobrze.


Że czyjaś obecność sprawia, że zwyczajny dzień staje się trochę bardziej niezwyczajny.


Że jedna wiadomość potrafi wywołać uśmiech.


Że po trudnym dniu chcemy zadzwonić właśnie do tej jednej osoby.


Nie dlatego, że rozwiąże wszystkie problemy.


Może nawet nie rozwiąże żadnego.


Ale jakoś łatwiej jest wiedzieć, że jest.


Dlaczego?


Bo tak.


I chyba największą trudność mamy właśnie z zaakceptowaniem tego, że nie wszystko musi mieć drugie dno.


Że można kogoś lubić bez konkretnego powodu.


Że można być kimś oczarowanym i nie oczekiwać niczego w zamian.


Że można chcieć być blisko, a jednocześnie dawać przestrzeń.


Że można się o kogoś troszczyć, nie próbując kierować jego życiem.


Że można powiedzieć „jesteś dla mnie ważna” i nie dopisywać do tego żadnych warunków.


Po prostu.


Bo tak.


Bo lubię Twój uśmiech.


Bo fascynuje mnie sposób, w jaki myślisz.


Bo czasami rozumiesz mnie, zanim zdążę dokończyć zdanie.


Bo potrafisz mnie rozśmieszyć, nawet kiedy mam dzień, w którym naprawdę nie ma mi do śmiechu.


Bo lubię z Tobą rozmawiać o wielkich rzeczach.


I o kompletnych głupotach.


Bo potrafimy razem robić rzeczy trudne, skomplikowane, czasami pozornie niemożliwe.


A potem śmiać się z czegoś, czego nikt poza nami prawdopodobnie by nie zrozumiał.


Bo czasami chciałbym Ci opowiedzieć coś natychmiast.


A czasami po prostu chciałbym, żebyś była obok.


Nie po to, żeby coś robić.


Nie po to, żeby cokolwiek udowadniać.


Po prostu, żeby być.


I może właśnie to jest najbardziej niezwykłe.


Że w pewnym momencie przestajemy potrzebować powodów.


Nie dlatego, że ich nie ma.


Jest ich mnóstwo.


Tylko że żaden z nich osobno nie tłumaczy całości.


Bo przecież znam wielu inteligentnych ludzi.


Wielu zabawnych.


Kilku takich, z którymi świetnie się pracuje.


Ale nie każdy z nich sprawia, że świat wygląda odrobinę inaczej.


Nie z każdym buduje się ten specyficzny, trochę chaotyczny mały kosmos.


I nie przy każdym człowieku ma się ochotę powiedzieć:


„Dobrze, że jesteś”.


Bez okazji.


Bez konkretnego powodu.


Bez oczekiwania odpowiedzi.


Bo tak.


A wiecie, co jest w tym wszystkim jeszcze ważne?


Że „bo tak” nie oznacza „za wszelką cenę”.


Nie oznacza rezygnowania z własnych granic.


Nie oznacza, że trzeba zawsze być blisko.


Nie oznacza, że wszystko musi wyglądać dokładnie tak, jak sobie wymarzyliśmy.


Czasami właśnie dlatego, że ktoś jest dla nas ważny, trzeba zrobić krok w tył.


Dać mu przestrzeń.


Pozwolić wybrać własną drogę.


Nie pytać po raz setny, czy wszystko jest w porządku.


Nie próbować na siłę naprawiać tego, czego ten człowiek wcale nie chce naprawiać.


I zaufać.


Bo jeśli naprawdę zależy nam na drugim człowieku, to jego spokój powinien być ważniejszy niż nasza potrzeba ciągłego upewniania się, że jesteśmy potrzebni.


Dlaczego warto to zrobić?


Bo tak.


Bo szacunek.


Bo zaufanie.


Bo wolność.


Bo bliskość, która nie odbiera oddechu, jest znacznie piękniejsza od tej, którą trzeba nieustannie potwierdzać.


I może kiedyś wszystko się zmieni.


Może nasze drogi pobiegną inaczej.


Może będziemy rozmawiać codziennie.


A może znacznie rzadziej.


Może rzeczywistość jeszcze nie raz zaskoczy nas czymś, czego dzisiaj kompletnie nie potrafimy przewidzieć.


Ale nie chcę dzisiaj analizować wszystkich możliwych scenariuszy.


Nie chcę zastanawiać się, co będzie za rok.


Nie chcę odbierać sobie radości z tego, co jest, tylko dlatego, że nie wiem, co będzie.


Dzisiaj jest dobrze.


Dzisiaj mam wokół siebie ludzi, których lubię.


Ludzi, którym ufam.


Ludzi, przy których mogę być sobą.


I mam też kogoś, kto sprawia, że czasami uśmiecham się do telefonu jak kompletny idiota.


I nie.


Nie zamierzam się z tego tłumaczyć.


Nie wszystko trzeba nazywać.


Nie wszystko trzeba definiować.


Nie wszystko trzeba rozumieć do końca.


Czasami wystarczy przyjąć, że coś jest dla nas ważne.


Że ktoś jest dla nas ważny.


I pozwolić sobie z tego cieszyć.


Bez presji.


Bez oczekiwań.


Bez konieczności wiedzenia, dokąd to wszystko prowadzi.


Bo może życie wcale nie polega na tym, żeby mieć odpowiedź na każde pytanie.


Może czasami polega na tym, żeby przestać zadawać pytania, które niczego dobrego nie wnoszą.


I po prostu cieszyć się chwilą.


Więc jeśli kiedyś zapytasz mnie, dlaczego tak bardzo Cię lubię…


Dlaczego jestem Ciebie pewien.


Dlaczego chcę Cię wspierać.


Dlaczego cieszę się, kiedy się uśmiechasz.


Dlaczego czasami tęsknię.


Dlaczego tak cholernie się cieszę, że nasze drogi się przecięły.


Pewnie mógłbym opowiadać godzinami.


Ale może po prostu spojrzę na Ciebie, uśmiechnę się i odpowiem:


Bo tak.


Bo Ty.


I wiesz co?


To naprawdę wystarczający powód.


Ł.

sobota, 17 października 2026

Oczarowany!

Taki jestem. 


Oczarowany.


I chyba trochę mnie to zaskakuje.


Bo wydawało mi się, że w życiu widziałem już całkiem sporo.


Poznałem mnóstwo ludzi. Rozmawiałem z niesamowitymi osobami. Bywałem w miejscach, które zapierają dech w piersiach. Stałem na scenach, z których świat wyglądał zupełnie inaczej. Przeżywałem rzeczy, których jeszcze kilka lat wcześniej nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić.


I myślałem, że niewiele jest mnie już w stanie tak naprawdę zaskoczyć.


A jednak.


Jestem oczarowany.


Nie jakimś wielkim wydarzeniem.


Nie spektakularnym sukcesem.


Nie czymś, co można sfotografować, opublikować i zebrać pod tym setki polubień.


Człowiekiem.


I to jest chyba najbardziej niezwykłe.


Bo przecież ludzie są skomplikowani.


Mają swoje historie, przyzwyczajenia, lęki, wątpliwości, czasami cholernie trudne charaktery.


Nie są idealni.


I całe szczęście.


Bo nie wiem, czy idealni ludzie w ogóle byliby interesujący.


A tymczasem czasami spotykasz kogoś, kto po prostu zaczyna Cię fascynować.


Sposobem myślenia.


Inteligencją.


Poczuciem humoru.


Tym, jak patrzy na świat.


Jak reaguje na rzeczy, które dla innych są zupełnie nieistotne.


I nagle odkrywasz, że nie tylko lubisz z tym człowiekiem rozmawiać. Ty naprawdę lubisz go poznawać.


Coraz bardziej.


Nie dlatego, że szukasz w nim czegoś konkretnego.


Nie dlatego, że próbujesz dopasować go do jakiegoś wyobrażenia.


Właśnie przeciwnie.


Ciekawi Cię dokładnie taki, jaki jest.


Ze wszystkimi swoimi sprzecznościami.


Z tym, co mówi.


I z tym, czego czasami nie potrafi powiedzieć.


I z tymi wszystkimi rozkminami, które pojawiają się późnym wieczorem.


A najbardziej fascynujące jest chyba to, że ten człowiek może zupełnie nie dostrzegać tego, co Ty widzisz w nim tak wyraźnie.


Może kwestionować swoje kompetencje, choć Ty widzisz, jak świetnie sobie radzi.


Może nie wierzyć w swoją wyjątkowość, choć dla Ciebie jest ona oczywista.


Może zaprzeczać komplementom, choć Ty wcale nie szukasz powodów, żeby je wypowiadać.


Po prostu mówisz to, co widzisz.


I czasami masz ochotę zapytać:


„Czy Ty naprawdę nie widzisz tego, co ja?”


Ale chyba nie o to chodzi, żeby kogokolwiek przekonywać na siłę.


Nie muszę udowadniać, że mam rację.


Mogę po prostu patrzeć.


Podziwiać.


Doceniać.


I cieszyć się, że ten człowiek pojawił się w moim małym kosmosie.


Bo oczarowanie wcale nie musi oznaczać, że tracimy kontakt z rzeczywistością.


Może być dokładnie odwrotnie.


Możesz widzieć czyjeś trudniejsze momenty.


Wiedzieć, że czasami nie będzie łatwo.


Rozumieć, że każdy ma swoje granice, swoje życie i swoją przestrzeń.


I nadal być oczarowanym.


Nie wyobrażeniem o człowieku.


Tylko człowiekiem.


I chyba właśnie to jest dla mnie najpiękniejsze.


Że nie potrzebuję wielkich gestów.


Nie potrzebuję deklaracji.


Nie potrzebuję nawet wiedzieć, dokąd to wszystko prowadzi.


Wystarczy mi świadomość, że gdzieś na świecie jest ktoś, na kogo myślę z uśmiechem.


Ktoś, komu chcę opowiadać o swoich dniach.


Ktoś, czyje sukcesy cieszą mnie tak, jakby były trochę moje.


Ktoś, przy kim nawet zwyczajna codzienność potrafi być niezwyczajna.


I nie, nie zamierzam tego rozkładać na czynniki pierwsze.


Nie wszystko trzeba analizować.


Nie każdą emocję trzeba natychmiast nazywać.


Nie każda wyjątkowa relacja potrzebuje definicji.


Czasami wystarczy pozwolić sobie coś poczuć.


Bez oczekiwań.


Bez presji.


Bez próby zatrzymywania drugiego człowieka przy sobie.


Bo przecież można być kimś oczarowanym i jednocześnie szanować jego wolność.


Można podziwiać i niczego nie żądać.


Można cieszyć się czyjąś obecnością, nie próbując uczynić jej swoją własnością.


I można zwyczajnie być wdzięcznym za to, że los — w całym swoim absurdalnym chaosie — postawił na naszej drodze właśnie tę osobę.


Nie wiem, co będzie jutro.


Nie wiem, jak poukłada się rzeczywistość.


Ale dzisiaj wiem jedno.


Jestem oczarowany.


Trochę inteligencją.


Trochę uśmiechem.


Trochę charakterem.


Trochę tym, jak bardzo potrafimy nadawać na tych samych falach.


A najbardziej chyba tym, że pośród tylu ludzi znalazł się ktoś, kto sprawił, że znowu potrafię się czymś tak zwyczajnie, dziecięco zachwycić.


I wiecie co?


Cholernie dobrze jest jeszcze umieć się zachwycać.


Zwłaszcza człowiekiem.


Zwłaszcza Tobą.


Ł.

niedziela, 11 października 2026

Jesteś zajebista. Naucz się to przyjmować.

Wiecie, co jest jedną z dziwniejszych rzeczy, których nas nauczono?

Że kiedy ktoś mówi nam coś dobrego, powinniśmy natychmiast zacząć tłumaczyć, dlaczego wcale nie jesteśmy tacy dobrzy.


„Świetnie to zrobiłeś!”

„Eee, tam. To nie tylko moja zasługa”.


„Fantastycznie poprowadziłeś to wydarzenie!”

„Daj spokój, po prostu miałem dobrych ludzi wokół”.


„Naprawdę jesteś w tym świetny!”

„Bez przesady, każdy by tak zrobił”.


No właśnie.

Nie. Nie każdy.

I chyba najwyższy czas przestać udawać, że jest inaczej.

Bo wiecie co?

Można być w czymś cholernie dobrym. I można o tym wiedzieć.

Można mieć talent.

Można mieć kompetencje.

Można mieć doświadczenie, którego nie zdobyło się przypadkiem, tylko latami pracy, popełniania błędów, uczenia się, próbowania i zaczynania od nowa.

Można robić rzeczy, których inni nie potrafią.

I nie ma w tym absolutnie nic złego.

To nie jest arogancja.

To nie jest brak pokory.

To nie jest przekonanie, że jesteśmy lepsi od wszystkich dookoła.

To jest świadomość własnej wartości.

A przecież tak często mylimy ją z nieskromnością.

Jakby przyznanie, że coś nam świetnie wyszło, automatycznie oznaczało, że komuś innemu wyszło gorzej.

Jakby docenienie siebie odbierało wartość innym.

Jakbyśmy musieli umniejszać własne osiągnięcia, żeby przypadkiem nikogo nie urazić.

A przecież możemy jednocześnie doceniać innych i być cholernie dumni z siebie.

Jedno nie wyklucza drugiego.

Ostatnie dni były dla mnie naprawdę intensywne.

Dużo ludzi.

Dużo rozmów.

Scena, emocje, odpowiedzialność, energia.

I dużo dobrych słów.

Naprawdę dużo.

Słyszałem, że świetnie coś zrobiłem. Że potrafię porwać ludzi. Że mam energię, że dobrze się mnie słucha, że to, co robię, ma wartość.

I wiecie, co zrobiłem?

Przyjąłem to.

Tak po prostu.

Uśmiechnąłem się.

Powiedziałem: „Dziękuję. Bardzo mi miło”.

I poszedłem dalej.

Bez tłumaczenia, że to przypadek.

Bez szukania dziesięciu powodów, dla których pochwała była przesadzona.

Bez umniejszania sobie.

Bo przecież wiem, ile pracy mnie to kosztowało.

Wiem, ile razy próbowałem.

Ile razy coś nie wyszło.

Ile razy musiałem się czegoś nauczyć, poprawić, przełamać własne ograniczenia.

I jeśli dzisiaj ktoś mówi mi, że jestem w czymś dobry, to dlaczego miałbym udawać, że nie jestem?

Żeby wyjść na skromnego?

A może czasami ta nasza skromność jest po prostu dziwnie elegancką formą odmawiania sobie prawa do sukcesu?

Nie chcę tak.

Nie chcę przepraszać za to, że coś potrafię.

Za to, że mam energię.

Za to, że lubię to, co robię.

Za to, że czasami wychodzi mi naprawdę zajebiście.

I nie chcę, żebyś Ty za to przepraszała.

Bo może jesteś świetną specjalistką.

Może potrafisz dowozić projekty do końca, nawet kiedy po drodze wszystko zaczyna się komplikować.

Może umiesz porządkować sprawy tam, gdzie inni widzą tylko chaos.

Może realizujesz rzeczy, które na początku wydają się potencjalnie niemożliwe.

Może bierzesz odpowiedzialność za projekt, spinasz szczegóły, pilnujesz terminów i doprowadzasz wszystko do finału, kiedy inni dawno stracili nadzieję.

Może masz talent do zamieniania pomysłów w konkretne rezultaty.

Może potrafisz znaleźć rozwiązanie tam, gdzie inni widzą tylko problemy.

Ale to, że coś przychodzi Ci naturalnie, nie oznacza, że nie ma wartości.

Właśnie przeciwnie.

I kiedy ktoś Cię za to docenia, nie odbieraj mu tej możliwości.

Nie przekonuj go, że się myli.

Nie tłumacz, że przecież nic wielkiego nie zrobiłaś.

Nie szukaj natychmiast kogoś, komu można przypisać całą zasługę.

Oczywiście, że ludzie wokół nas mają znaczenie.

Oczywiście, że sukcesy często są wspólne.

Ale czyjś wkład nie unieważnia Twojego.

Możesz podziękować osobom, które Ci pomogły.

Możesz docenić współpracowników i wszystkich, którzy dołożyli swoją cegiełkę.

I jednocześnie powiedzieć:


„Tak. Jestem z siebie dumna”.


Bez poczucia winy.

Bez zażenowania.

Bez tego głupiego przekonania, że nie wypada.

Bo wypada.

Cholernie wypada.


A wiesz, co jest w tym wszystkim jeszcze piękniejsze?

Kiedy zaczynasz naprawdę dostrzegać swoją wartość, nie musisz już nikomu niczego udowadniać.

Nie potrzebujesz być lepsza od innych.

Nie musisz nikogo pomniejszać.

Możesz po prostu robić swoje, cieszyć się tym, co wychodzi, uczyć się z tego, co nie wychodzi, i pozwalać sobie na dumę.

Zdrową.

Zasłużoną.

Swoją.

I chciałbym, żebyś dzisiaj zrobiła jedną rzecz.

Kiedy ktoś powie Ci coś dobrego, nie zaprzeczaj.

Nie uciekaj w żart.

Nie zmieniaj tematu.

Nie odpowiadaj automatycznie: „Eee, tam”.

Po prostu się uśmiechnij.

Powiedz:


„Dziękuję”.


I pozwól sobie przez chwilę poczuć, że naprawdę na te słowa zasługujesz.

Bo może ktoś właśnie zobaczył w Tobie coś, czego Ty sama od dawna nie potrafisz dostrzec.

A może doskonale wiesz, że to masz.

I jedno, i drugie jest okej.

Nie musisz być idealna, żeby być wyjątkowa.

Nie musisz umieć wszystkiego, żeby być świetna w czymś konkretnym.

Nie musisz być skromniejsza, niż jesteś, tylko po to, żeby innym było wygodniej.

Masz prawo znać swoją wartość.

Masz prawo być z siebie dumna.

Masz prawo przyjmować komplementy bez dopisywania do nich zastrzeżeń.

I masz prawo czasami stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć:


„Kurwa, dobra robota”.


Bo wiesz co?

Ostatnio sam coraz częściej tak robię.

I wcale nie zamierzam przestawać.

A Tobie życzę dokładnie tego samego.

Doceniaj innych.

Mów im, kiedy robią coś świetnego.

Ale nie zapominaj o sobie.

Przyjmuj pochwały. Każdego dnia.

Nie dlatego, że jesteś lepsza od innych.

Tylko dlatego, że nie musisz być gorsza od samej siebie, żeby uchodzić za skromną.


Jesteś zajebista.


I naprawdę najwyższy czas przestać się tego wstydzić.


Ł.

piątek, 2 października 2026

Bo Ty...

Są ludzie, przy których trudno odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego właściwie są dla Ciebie tak ważni?”


Bo każda odpowiedź wydaje się trochę za mała.


Bo jesteś inteligentna?


Jesteś.


Bo potrafisz rozśmieszyć mnie w najmniej odpowiednim momencie?


Zdecydowanie.


Bo czasem wystarczy jedno Twoje spojrzenie i już wiem, co myślisz?


Trochę przerażające, ale też prawda.


Bo mogę z Tobą stać na środku budowy, rozmawiać o rzeczach wartych miliony, a pięć minut później zastanawiać się nad sensem życia, ludźmi, emocjami albo kompletną głupotą?


Też.


Ale chyba odpowiedź jest znacznie prostsza.


Bo Ty.


Nie dlatego, że zawsze jest łatwo.


Nie dlatego, że zawsze się uśmiechasz.


Nie dlatego, że zawsze masz dobry dzień, podejmujesz decyzje bez wątpliwości i doskonale wiesz, dokąd idziesz.


Właśnie nie.


Lubię tę Ciebie, która potrafi ogarnąć pół świata przed południem.


Ale również tę, która wieczorem mówi:


„Nie wiem”.


Tę pewną siebie.


I tę, której czasami trzeba przypomnieć, ile jest warta.


Tę, która się śmieje.


I tę, która ma ochotę schować się przed całym światem.


Nie potrzebuję od Ciebie żadnej konkretnej wersji Ciebie.


Wystarczy mi ta, która akurat jest.


Bo Ty.


Bo jakoś naturalnie chcę Ci opowiadać rzeczy.


Te wielkie i te kompletnie nieistotne.


Bo kiedy wydarzy się coś absurdalnego, czasami pierwszą myślą jest: muszę Ci to powiedzieć.


Bo kiedy Cię nie ma, nawet pośród miliona ludzi można zauważyć jedno puste miejsce.


Bo można mieć świetny dzień, stać na scenie, rozmawiać, śmiać się, mieć wokół siebie tłum…


i jednak pomyśleć:


szkoda, że Ciebie tutaj nie ma.


Bo ufam Ci.


Bo jesteś jedną z tych niewielu osób, przy których nie muszę wszystkiego wiedzieć, wszystkiego kontrolować i zawsze mieć rozwiązania.


Mogę powiedzieć, że coś mnie boli.


Że czegoś nie rozumiem.


Że czegoś się boję.


Albo zwyczajnie siedzieć obok.


I chyba właśnie dlatego tak bardzo chcę, żebyś wiedziała, że ze mną działa to również w drugą stronę.


Nie musisz być zawsze silna.


Nie musisz mieć odpowiedzi.


Nie musisz przepraszać za swoje rozkminy.


Nie musisz zasługiwać na moje wsparcie.


Masz je.


Bo Ty.


Nie dlatego, że wybierzesz tak, jak wybrałbym ja.


Nie dlatego, że będziemy zawsze patrzeć na świat identycznie.


Nie dlatego, że nasze drogi zawsze będą prowadziły dokładnie w tę samą stronę.


Po prostu dlatego, że jesteś dla mnie ważna.


I cholernie się cieszę, że gdzieś pośród miliardów ludzi, wszystkich przypadków, decyzji, dróg i kompletnie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności nasze małe kosmosy postanowiły się spotkać.


Nie wiem, jak długo będą biegły obok siebie.


Nie mam zamiaru dzisiaj tego analizować.


Wystarczy mi, że biegną.


Że jesteś.


Że mogę być dla Ciebie.


Że Ty jesteś dla mnie.


I że powstało z tego coś, czego nawet nie potrzebuję nazywać.


Bo nie każda ważna relacja potrzebuje definicji.


Czasem na pytanie:


„Dlaczego właśnie ten człowiek?”


nie potrzeba całego eseju.


Wystarczą dwa słowa.


Bo Ty.


Ł.

czwartek, 1 października 2026

Twoja decyzja jest dobra. Bo jest Twoja.

Czasami chciałbym móc wejść komuś do głowy...


Tylko po to, żeby wyłączyć wszystkie te cholerne rozkminy, poukładać myśli w odpowiednich szufladkach i powiedzieć:


„Już. Nie myśl. Wszystko zrobiłaś dobrze.”


Tylko życie tak nie działa.


Nie jest czarno-białe.


Rzadko mamy przed sobą wybór pomiędzy czymś jednoznacznie dobrym i jednoznacznie złym.


Znacznie częściej po jednej stronie mamy setki powodów, żeby zostać, a po drugiej kolejne, żeby odejść.


I trzeba wybrać.


Samemu.


To chyba jest w tym wszystkim najtrudniejsze.


Bo mogę Ci powiedzieć, co ja bym zrobił.


Mogę podpowiedzieć.


Mogę pokazać inną perspektywę.


Mogę zadać pytanie, którego sama sobie nie zadałaś.


Ale jednej rzeczy nigdy nie chciałbym zrobić.


Podjąć decyzji za Ciebie.


Bo to Twoje życie.


Twój mały kosmos.


Twoje wartości.


Twoje granice.


I tylko Ty wiesz, co w konkretnym momencie jest dla Ciebie najważniejsze.


Dlatego nie chcę, żebyś następnego dnia patrzyła na swoją decyzję i zastanawiała się:


„A może jednak zrobiłam źle?”


Nie.


W tamtym momencie zrobiłaś najlepiej, jak potrafiłaś.


Z wiedzą, którą miałaś.


Z emocjami, które czułaś.


Z doświadczeniami, które doprowadziły Cię dokładnie do tego miejsca.


I przede wszystkim z myślą, która moim zdaniem jest jedną z najważniejszych, jakie można mieć:


„Ja też jestem dla siebie ważna.”

I w mojej ocenie właśnie wybrałaś siebie. Siebie, która widzi w sobie wartość. Siebie, która jest pewna. Samej siebie. Swoich kompetencji. Jest silna. I potrafi stawić czoła przeciwnościom i głupocie świata. I może ktoś oceni ten wybór inaczej. Ale czy ktoś w ogóle powinien oceniać?


To nie jest egoizm.


To jest granica.


Możesz za tydzień zacząć się zastanawiać.


Za miesiąc możesz pomyśleć, że dzisiaj powinnaś zrobić inaczej.


Tylko że przyszła Ty będzie wiedziała rzeczy, których dzisiejsza Ty wiedzieć nie mogła.


Dlatego nie ma sensu karać siebie jutro za decyzję podjętą dzisiaj.


Możesz po prostu iść dalej.

Z tymi, którzy Ci pasują. Z tymi, z którymi jest Ci wygodnie. O niekoniecznie musisz rzucać się w nieznane, jak w pewnych wymiarach jest Ci dobrze tutaj. Tutaj gdzie nie musisz niektórym ufać. Możesz być ich tak samo pewna, jak oni Ciebie.


To też będzie Twoja decyzja.



Ale, że to wszystko nie jest takie proste, chciałbym, żebyś wiedziała jedną rzecz.

Nie musisz przede mną udawać, że wszystko jest okej.

Nie musisz przepraszać za „głupie rozkminy”.

Nie musisz mieć dobrego dnia. (Chociaż wolę jak się uśmiechasz)...

Nie musisz być silna. (Mimo, że w mojej ocenie taka jesteś na co dzień)...

Nie musisz nawet umieć pokazać, że jesteś wdzięczna. (Bo nie o to chodzi między nami)...


Możesz się bać.

Możesz przez chwilę chcieć się schować.


Ja chcę być również wtedy.


Nie tylko przy tej inteligentnej, błyskotliwej, uśmiechniętej kobiecie, która ogarnia rzeczywistość i robi świetną robotę.


Również przy tej, która czasami siada i mówi:

"Nie wiem.”


I wtedy nie muszę niczego naprawiać.

Mogę po prostu być.


Bo moje wsparcie dla Ciebie nie jest nagrodą za podejmowanie decyzji, z którymi się zgadzam.


Nie musisz wybierać tak, jak wybrałbym ja, żeby je mieć.


Masz je bezwarunkowo.


Ja tu po prostu jestem.

Jeśli któregoś dnia powiesz mi, że wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż zakładałaś — nadal będę.


Nie po to, żeby powiedzieć: „a nie mówiłem”.

Tylko raczej:

„Cóż, tak bywa... Ale... To co robimy dalej?”

A przecież wiem, że najważniejsze jest po ale...


Bo jesteś dla mnie ważna.


Bardzo.


I chciałbym, żebyś w te trudniejsze dni była pewna przynajmniej jednej rzeczy.


Nawet kiedy sama przez chwilę nie będziesz pewna siebie…


możesz być pewna mnie.


Jestem.


Póki co - nie zamierzam tutaj nic zmieniać :)


Ł.