sobota, 29 sierpnia 2026

„I swear I lived.”

Wraca do mnie ostatnio I Lived OneRepublic. I im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że chyba właśnie tak staram się żyć.


Jeżdżę pod namiot, choć w nocy jest zimno, a każdy trzask gałęzi brzmi jak coś, czego zdecydowanie nie chciałbym spotkać.


Wstaję przed świtem tylko po to, żeby zobaczyć, jak słońce pojawia się nad horyzontem.


Wychodzę przed ludzi, choć zawsze istnieje możliwość, że coś pójdzie nie tak.


Wsiadam na rower i zjeżdżam tam, gdzie rozsądek podpowiada, że może jednak warto byłoby trochę częściej używać hamulców. Tam, gdzie czasem jeden błąd może kosztować naprawdę dużo.


Jadę gdzieś bez pewności, co zastanę.


Podejmuję się rzeczy, których inni czasami wolą nie dotykać.


Próbuję.


Ryzykuję.


Czasem się przewracam.


Ale robię.


Nie dlatego, żeby komuś coś udowodnić. Nie dlatego, żeby ktoś patrzył. Nie dlatego, żeby zbierać historie do opowiadania.


Dla siebie.


Bo to moje sekundy. Moje miejsca. Moje decyzje. Moje błędy. Moje historie.


I chyba chciałbym kiedyś móc powiedzieć dokładnie to, co czuję, słuchając I Lived — że nie próbowałem przejść przez życie możliwie bezpiecznie. Że byłem ciekawy. Że doświadczałem. Że czasem się bałem, ale mimo wszystko szedłem dalej.


Że naprawdę żyłem.


Tylko jest w tym wszystkim pewien paradoks.


Bo czasami łatwiej zrobić coś obiektywnie niebezpiecznego niż przyznać przed samym sobą, że potrzebujemy drugiego człowieka.


Łatwiej zjechać rowerem ze stromej góry niż powiedzieć: „dzisiaj nie daję rady”.


Łatwiej stanąć przed setką ludzi niż pokazać jednej, bezpiecznej osobie swoją słabość.


Łatwiej przespać samotnie noc gdzieś w dziczy niż pozwolić sobie na zwyczajną ludzką bliskość.


Bo bliskość też wymaga odwagi.


Nie ta romantyczna. Nie ta, której koniecznie trzeba nadawać jakieś wielkie znaczenie.


Zwyczajna, ludzka bliskość.


Taka, którą mamy z kimś, przy kim czujemy się bezpiecznie.


Z kimś, przy kim nie trzeba cały czas być silnym, zabawnym, skutecznym czy ogarniającym cały świat.


Z kimś, przy kim przez chwilę można po prostu być.


I ostatnio miałem właśnie taki moment.


Potrzebowałem przytulenia.


Tak po prostu.


Bez żadnego drugiego dna.


Bez deklaracji.


Bez historii, którą trzeba byłoby do tego dopisywać.


Potrzebowałem bliskości bezpiecznej osoby. Tak cholernie.


I wiedziałem, od kogo chciałbym ją dostać.


A jednak się bałem.


Bo natychmiast włączyła się głowa.


Może nie wypada.

Może wymaga to zbyt dużo kombinacji.

Może świat tego nie zrozumie.

Może za dużo obserwatorów wokół.

Może jest to egoistyczne....

Może przekroczę czyjąś granicę.


Milion wersji tego, co „może pójść nie tak”.


I nagle człowiek, który potrafi robić rzeczy znacznie bardziej ryzykowne, przegrywa z czymś tak prostym jak jeden uścisk.


Nie zrobiłem tego.


A później została jedna myśl:


kurwa, przecież właśnie tego potrzebowałem.


I chyba to też jest lekcja z życia po swojemu.


Odwaga nie zawsze wygląda jak namiot pośrodku niczego, scena przed pełną salą czy szalony zjazd na rowerze.


Czasami odwaga wygląda jak przyznanie:


„Nie muszę teraz być silny. Potrzebuję na chwilę poczuć się bezpiecznie.”


Bo możemy stworzyć w głowie tysiąc scenariuszy. Możemy sami zbudować granice, których być może nikt poza nami nawet nie postawił. Możemy zrezygnować z czegoś dobrego tylko dlatego, że przestraszyliśmy się wszystkich możliwych konsekwencji.


A przecież to my definiujemy swoją rzeczywistość.


Może więc następnym razem, kiedy obok będzie ktoś, przy kim naprawdę czuję się bezpiecznie, nie będę analizował wszystkiego, co może pójść nie tak.


Może po prostu powiem:


„Przytul mnie.”


Ł.

Brak komentarzy: