Takie hasło dzisiaj usłyszałem. Zaraz obok "Kiedy ja ostatnio wyszłam gdzieś?".
I wiesz co?
Nie rozumiem.
Bo naprawdę nie mam poczucia, że robię coś złego.
Nie jestem idealny. Popełniam błędy. Czasami czegoś zapomnę. Czasami podejmę złą decyzję. Czasami jestem zmęczony, czasami mam za dużo na głowie.
Ale jestem.
Zajmuję się nimi. Rozmawiam. Uczę. Pokazuję świat. Wożę. Organizuję. Martwię się. Pomagam. Staram się przygotować je do życia najlepiej, jak potrafię.
Jeszcze niedawno patrzyłem z cholerną dumą, jak moje dzieci w sytuacji kryzysowej, zamiast spanikować, po prostu zaczęły działać. Wiedziały, co robić. Wiedziały, jak pomagać. Wiedziały, że kiedy ktoś potrzebuje pomocy, nie ma „zaraz”, „nie chce mi się” ani „wstydzę się”.
I pomyślałem wtedy, że może jednak coś robię dobrze.
Dlatego dzisiejsze słowa zabolały bardziej, niż powinny.
Bo można powiedzieć mi wiele.
Można skrytykować moją pracę. Moje decyzje. Mój charakter. To, że jestem uparty. Że za dużo robię. Że ciągle gdzieś mnie nosi. Że czasami trudno za mną nadążyć.
Ale powiedzieć mi, że nie potrafię zająć się własnymi dziećmi?
To trafia w zupełnie inne miejsce.
Szczególnie kiedy słyszysz to od osoby, z którą dzielisz życie. Od kogoś, kto powinien wiedzieć, ile dla Ciebie znaczą.
I wtedy naprawdę zaczynasz się zastanawiać:
ile właściwie jestem wart w oczach ludzi, którzy powinni znać mnie najlepiej?
Dzisiaj odpowiedź boli.
Bo człowiek może być silny dla całego świata. Może działać, pomagać, rozwiązywać problemy, robić rzeczy podobno niemożliwe i przebijać kolejne szklane sufity.
Ale chciałby mieć też miejsce, w którym nie musi niczego udowadniać.
Miejsce, w którym ktoś po prostu powie:
„Znam Cię. Widzę, że się starasz. Widzę, ile robisz.”
A kiedy tego zabraknie, pojawia się potrzeba ucieczki.
Nie takiej, żeby zniknąć.
Raczej tej, którą znam chyba najlepiej.
Do przodu.
Jeszcze jeden kilometr. Jeszcze jedno miejsce. Jeszcze jeden projekt. Jeszcze jeden wschód słońca. Jeszcze jedna rzecz, której podobno nie da się zrobić.
Może to nie jest najlepszy sposób.
Ale dzisiaj jest mój.
I mimo tego wszystkiego nadal potrafię powiedzieć coś, co może wydawać się kompletnie absurdalne:
życie jest piękne.
Bo czasami w najbardziej nieoczekiwanych miejscach pojawiają się ludzie, którzy przypominają Ci, że dla kogoś jednak jesteś ważny.
Może formalnie nie są „Twoimi” ludźmi.
Może rzeczywistość poukładała wszystko inaczej, niż bym oczekiwał.
A jednak są.
I czasami jedno „jestem”, jedna wiadomość, jedna rozmowa albo zwyczajna obecność znaczy więcej niż wszystkie wielkie deklaracje świata.
Dlatego dzisiaj, pośród całego tego niezrozumienia, chcę powiedzieć jeszcze jedno.
Cieszę się, że na Ciebie trafiłem.
Naprawdę.
Cieszę się, że mimo całego chaosu jesteś w moim życiu.
Nie musisz niczego naprawiać.
Nie musisz wybierać za mnie drogi.
Nie musisz nawet zawsze mnie rozumieć.
Wystarczy, że jesteś.
Bo jesteś kimś ważnym.
Bardzo ważnym.
I może właśnie dzięki takim ludziom nawet w dni, kiedy własny mały kosmos rozsypuje się na kawałki, człowiek podnosi głowę, patrzy gdzieś dalej i przypomina sobie:
jutro też wstanie słońce.
A ja chcę je zobaczyć.
Ł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz