Trochę zmęczony.
Nie wydarzyła się żadna wielka katastrofa. Po prostu jeden z tych dni, kiedy masz wrażenie, że czego się nie dotkniesz, to zaczyna się lekko sypać.
Nic spektakularnie.
Tak po trochu.
Jedna rzecz niedokończona.
Druga utknęła.
W trzeciej ktoś czegoś nie zrobił.
Czwarta miała zająć godzinę, a pożarła pół dnia i nadal nie jest zamknięta.
Biegasz pomiędzy tematami. Odpowiadasz. Dzwonisz. Poprawiasz. Próbujesz dopchnąć jeszcze jedno, jeszcze tylko to, jeszcze pięć minut...
I przychodzi moment, kiedy patrzysz na zegarek i orientujesz się, że właściwie niczego dzisiaj nie skończyłeś.
Oczywiście robiłeś cały dzień.
Tylko efektów jakoś nie widać.
Więc wracasz do domu.
Zmęczony bardziej głową niż ciałem.
I chyba podświadomie liczysz, że tam będzie już trochę ciszej.
Że zdejmiesz buty.
Usiądziesz.
Napijesz się czegoś.
Może przez chwilę nikt nie będzie od Ciebie niczego chciał.
Może nawet usłyszysz zwyczajne:
„Ciężki dzień?”
Ale nie.
Przypierdolka.
Znikąd.
O coś.
Właściwie w pierwszej chwili nawet nie wiesz, co się właśnie wydarzyło.
I normalnie pewnie wzruszyłbyś ramionami. Może odpowiedział. Może obrócił w żart. Może wszedł w dyskusję.
Tylko że dzisiaj nie masz już z czego.
Bo czasami nie rozwala nas jedna wielka rzecz.
Rozwala nas ostatnia mała rzecz.
Ta, która w normalny dzień zabrałaby trzy procent baterii, ale trafia dokładnie wtedy, kiedy zostało jej już jeden.
I nagle czujesz, jak uchodzi z Ciebie wszystko.
Cała energia.
Całe moje „dam radę”.
Całe „spokojnie, ogarniemy”.
Ten mój cholerny huraoptymizm, który zazwyczaj każe mi szukać rozwiązania, zanim ktokolwiek zdąży dokładnie opisać problem.
I nawet nie chce Ci się walczyć.
Nie chcesz udowadniać swojej racji.
Nie chcesz tłumaczyć.
Nie chcesz wygrywać.
Chciałbyś tylko, żeby ktoś zauważył, że dzisiaj naprawdę już wystarczy.
Bo dom powinien być czasem miejscem, w którym można zdjąć zbroję.
Nie kolejnym miejscem, w którym trzeba ją zapinać pod samą szyję.
I chyba właśnie tego czasami najbardziej brakuje.
Nie pochwał.
Nie zachwytów.
Nie wielkich słów.
Odrobiny bezpieczeństwa.
Zwykłego:
„Chodź. Usiądź. Widzę, że masz dość.”
Bo jutro znowu będę robił swoje.
Wstanę. Pozbieram te wszystkie niedokończone rzeczy. Naprawię to, co się lekko posypało. Pewnie wymyślę trzy kolejne rzeczy niemożliwe i spróbuję je zrobić, zanim ktoś zdąży powiedzieć, że się nie da.
Znam siebie.
Tylko dzisiaj...
dzisiaj chciałem po prostu wrócić do domu.
A nie na kolejną zmianę.
Ł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz