Chyba nie potrafię tego dzisiaj nazwać inaczej.
Gdyby ktoś zapytał mnie teraz, co mnie boli, musiałbym odpowiedzieć:
wszystko.
A najbardziej ja sam.
Cały.
Głowa. Ciało. Myśli. Emocje. Wszystko to, co przez ostatnie tygodnie i miesiące upychałem gdzieś pomiędzy „dam radę”, „zrobię”, „ogarnę” i moim niezniszczalnym „jakoś to będzie”.
No więc dzisiaj nie jest.
Dzisiaj nie mam siły.
Nie zbuduję szkoły w Kamerunie.
Nie zrobię TEDxRzeszów.
Nie zrealizuję połowy tych wszystkich genialnych pomysłów, które mam zapisane gdzieś w głowie.
Pewnie po drodze zawalę jakieś zlecenie.
Kogoś zawiodę.
O czymś zapomnę.
Nie dowiozę.
I nawet nie mam dzisiaj ochoty pisać, że przecież zaraz się podniosę i znowu zacznę napierdalać w kolejne szklane sufity.
Nie mam siły.
Serio.
Dzisiaj czuję się jak nikt.
I chyba najbardziej boli mnie właśnie to, że przez większość czasu jestem tym człowiekiem od „da się”.
Od działania.
Od niemożliwych rzeczy.
Od huraoptymizmu.
Od pomagania innym.
Od „spokojnie, wymyślimy coś”.
Tylko dzisiaj nie potrafię wymyślić niczego dla siebie.
I może pierwszy raz od dawna nie będę próbował.
Nie będę dzisiaj naprawiał świata.
Nie będę budował szkoły.
Nie będę organizował TEDx-a.
Nie będę ratował projektów, ludzi ani całej pieprzonej galaktyki.
Bo może mój mały kosmos nie potrzebuje dzisiaj kolejnej rewolucji.
Może potrzebuje tylko, żebym przetrwał ten cholernie zły dzień.
Bez udowadniania czegokolwiek komukolwiek.
Dzisiaj w zasadzie jedno zadanie. Oprzeć się.
Bo tam jest ciemno, ale .... momentami przyjemnie.
A na pewno tam jest wszystko jedno...
Ł.
PS
Może jutro nadal będzie Kamerun.
Nadal będzie TEDx.
Nadal będą moje pomysły, zobowiązania, ludzie i wszystkie rzeczy, które chcę zrobić.
A jeśli jutro nie będę miał siły, to może pojutrze.
Dzisiaj jebło.
Ale ja nadal jestem.
I na dzisiaj naprawdę musi wystarczyć.
Może... A może nie dotrwam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz