Można w życiu pracować z dziesiątkami, setkami ludzi.
Z jednymi będzie poprawnie. Z innymi profesjonalnie. Z niektórymi nawet bardzo dobrze.
Ale naprawdę rzadko trafia się na człowieka, z którym pracuje się tak, że — trochę w cudzysłowie — można pracować z zamkniętymi oczami.
Bo wiesz.
Wiesz, że odbierze.
Wiesz, że pamięta.
Wiesz, że jeśli czegoś nie dopowiedziałeś, prawdopodobnie i tak pomyślał dokładnie o tym samym.
Czasami zaczynasz zdanie i właściwie nie musisz go kończyć.
Patrzycie na problem i niemal w tej samej sekundzie pojawia się:
„A może zrobimy to tak?”
I okazuje się, że oboje właśnie pomyśleliście dokładnie to samo.
To jest niesamowite.
I chyba cholernie rzadkie.
Bo jeszcze rzadsza jest sytuacja, kiedy ta zawodowa synchronizacja wychodzi daleko poza tabelki, telefony, projekty, terminy i kolejne rzeczy do ogarnięcia.
Kiedy możecie stać razem na placu budowy, rozmawiać o inwestycji wartej miliony, podejmować ważne decyzje, pilnować terminów i rozwiązywać problemy…
a pięć minut później rozmawiać o życiu.
O tym, jak minął dzień.
O tym, co cieszy.
Co boli.
Czego się boisz.
Co ostatnio siedzi gdzieś z tyłu głowy.
A potem płynnie wrócić do roboty, bo przecież jeszcze milion rzeczy do zrobienia.
I właśnie wtedy zaczynasz rozumieć, że trafiłeś nie tylko na dobrego współpracownika.
Trafiłeś na swojego człowieka.
Kogoś, kto jest w zasięgu.
Telefonu.
Czasu.
Chęci.
Ale przede wszystkim — zaangażowania.
Kogoś, do kogo nie boisz się zadzwonić z problemem, ale też z kompletnie absurdalnym pomysłem.
Kogoś, kto nie pyta najpierw: „a po co?”, tylko raczej: „dobra, jak to robimy?”
I z jednej strony to ogromne szczęście.
Z drugiej — odpowiedzialność.
Bo kiedy już spotykasz takiego człowieka, zaczynasz zdawać sobie sprawę, jak wielką wartość ma ta relacja.
I że warto o nią dbać.
Nie traktować jej jak czegoś oczywistego.
Nie zakładać, że skoro dzisiaj jest tak dobrze, to już zawsze samo będzie działało.
Bo nie będzie.
Najlepsze zespoły też trzeba budować.
Zaufaniem.
Szczerością.
Lojalnością.
Rozmową.
Wzajemnym szacunkiem.
I tym prostym przekonaniem, że kiedy robi się trudno, nie zostawiamy drugiego człowieka samego z problemem.
Nie wiem, jak często w życiu trafia się na kogoś, kto myśli niemal dokładnie tak jak Ty.
Kogoś, kto łapie Twój rytm.
Kto rozumie Twój sposób działania.
Kto potrafi nadążyć za kolejnymi pomysłami, a czasami nawet wyprzedzić Cię o pół kroku.
Kogoś, z kim zawodowe i zupełnie zwyczajne ludzkie rozmowy mogą istnieć obok siebie i żadna z tych przestrzeni nie przeszkadza drugiej.
Może raz.
Może kilka razy, jeśli mamy naprawdę dużo szczęścia.
I chyba można to nazwać bratnią duszą.
Zawodowo.
Prywatnie.
Po prostu po ludzku.
Dlatego bardzo lubię ten nasz trochę dziwny, mocno specyficzny mały kosmos, który gdzieś pomiędzy placami budowy, telefonami, milionowymi inwestycjami, śmiechem, problemami, wiadomościami i rozmowami o życiu powoli sobie budujemy.
I każdego dnia coraz bardziej doceniam, że zupełnym przypadkiem nasze orbity kiedyś się przecięły.
Bo świetne projekty można zrobić jeszcze wiele razy.
Budynki kiedyś powstaną.
Terminy miną.
Problemy, które dzisiaj wydają się ogromne, za kilka miesięcy będą tylko wspomnieniem.
Ale ludzi, z którymi można przez to wszystko przejść ramię w ramię, spotyka się naprawdę rzadko.
Dlatego chcę Ci powiedzieć coś bardzo prostego.
Dobrze Cię mieć.
Naprawdę.
Lubię Cię. Bardzo.
Ł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz