Tak często... tak znienacka...
Ale wiem dlaczego. Posłuchałem kiedyś Hawkinsa - patrz w gwiazdy, nie pod nogi.
I się potykam. Raz na tydzień, raz na dwa, albo co dziennie...
Wliczone to jest. W życie. W straty. W kalkulację.
Raz jest lepiej, raz jest gorzej.
Patrz w gwiazdy, a nie pod nogi. Mam to tak bardzo w głowie, że często nawet rozmawiając patrzę nad osobę, a nie na nią. W wyjątkach patrzę na. W oczy. Wzrokiem nie uciekam, bo nie mam się czego bać.
Chyba, że kłamię. Albo mówię o czymś maksymalnie intymnym. No chyba, że... jedno i drugie.
Zastanawiam się skąd się wzięła moja wiara w siebie. Wydaje się mocna, ale czasem jest to tak kruche, że się w głowie nie mieści. Wystarczy chwila, gest, słowo, moment. Mikromoment. I moja wiara w siebie znika. To chyba efekt uboczny depresji. Gdzie wszystko znaczyło nic. A nic to nic. A jak nic, to bardzo kiepsko. Poniżej zera - czyli depresja. Ale to jest na chwilę. 99,9% czasu jest naprawdę zajebiście.
Zastanawiam się, skąd inni nie mają wiary w siebie. Co się musiało wydarzyć, że ktoś ją stracił - wydaje się bezpowrotnie. Wydaje się. Bo da się to odbudować. Wiem, bo już to robiłem. Robiłem dla innych. Budowałem ich. Zgodnie ze swoimi talentami. Budowanie innych, rozwijanie. Trochę jak świeczka - żeby dać ciepło, trzeba trochę się spalić.
Nie jest to proste, ale nie jest niemożliwe - wręcz trzeba próbować.
Lubię uśmiech - lubię się pośmiać. Lubię jak osoby koło mnie są szczęśliwe. Lubię żyć.
Lubię żyć, tak jak chcę.
Jak zwykle - post prosty i głupi ;)
Miłego!
Ł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz